Józef Gelbard
Promieniowanie tła
Wyniki obserwacji astronomicznych, zbieżne
z zasadą kosmologiczną, skłaniają nas do przyjęcia tezy (by nie powiedzieć:
przekonują), że Wszechświat rozszerza się. Jeśli „teoria” ta jest słuszna,
powinna także antycypować efekty obserwacyjne dotąd nie znane, wskazując
kierunek przyszłych badań i poszukiwań. Jak wiadomo, materia Wszechświata to
nie tylko gwiazdy i planety. To także promieniowanie elektromagnetyczne.
Istniało ono z całą pewnością już w bardzo wczesnych fazach ewolucji, już w
pierwszych sekundach po „starcie”. W tym czasie jednak było ono w równowadze z
materią cząstek. Procesy kreacji cząstek i ich anihilacji przebiegały ze
zbliżonym natężeniem. Materia stanowiła kipiącą zupę o bardzo wysokiej
temperaturze, z której wyizolowanie promieniowania i oddzielenie go od cząstek
masywnych nie było możliwe. Dopiero po około pół miliona lat nieprzerwanej
ekspansji (ściślej: 300 – 700 tys. lat) temperatura i gęstość spadły na tyle,
by promieniowanie oddzieliło się ostatecznie od materii substancjalnej. To
oddzielenie się nazwano rozprzężeniem. Temperatura wynosiła wówczas
około 3000K, a Wszechświat stał się przeźroczysty. Poniżej tej temperatury
promieniowanie generalnie nie jest bowiem w stanie usunąć elektronów z ich
orbit wokół jąder atomowych*. Promieniowanie to powinno istnieć do dziś będąc
skamieniałością, reliktem czasów poprzedzających prawie o dwa miliardy lat
powstanie galaktyk. Promieniowanie to nie opuściło przecież Wszechświata
będąc jego integralną częścią. Dodajmy, tak „na chłopski rozum”, że nie
było to możliwe w związku z tym, że prędkość ekspansji (hubblowskiej) równa
jest c. Mamy więc przy okazji, jeszcze jeden argument wspierający to
twierdzenie.
Zatem promieniowanie to istnieje cały czas i
wypełnia całą przestrzeń (ograniczoną przez horyzont Hubblowski). Powinno więc
ono dochodzić do nas zewsząd i manifestować się tym samym natężeniem, zgodnie z
zasadą kosmologiczną. By je odnaleźć, powinniśmy przewidzieć długość jego fali,
która przecież musiała się zmienić przez te wszystkie lata ciągłego
rozszerzania się Wszechświata. „Te same fotony by wypełnić zwiększającą się przestrzeń,
powinny ulegać ciągłej zmianie. Powinna wzrastać długość ich fali (długość –
jeden wymiar) w stosunku, w którym zwiększa się promień Wszechświata, w którym
powiększają się wszystkie wymiary”, tak, jak ruch każdego z nich w jednym z
trzech kierunków trójwymiarowej przestrzeni (a nie, jakby się rozszerzał – w
trzech wymiarach równoczesnie). Tak na marginesie zauważmy, że podejście to jakby przeczy dzisiejszemu
modelowaniu ekspansji Wszechświata w sensie malenia krzywizny przestrzeni,
ekspansji nie dotyczącej wcale zawartości Wszechświata (galaktyk, ciał,
cząstek). A jednak fotony wydłużają się, pomimo, że nawet galaktyki nie ulegają
zmianie, unoszone jak punkciki na powierzchni balonu... W każdym razie tak się to dzisiaj
opisuje poglądowo dla spełnienia poznawczych
potrzeb amatorów. Mimo wszystko, czy to nie zastanawia (fotony tak, a galaktyki nie)? Ale to przecież duże uproszczenie. A jak
jest w istocie?
"Powinna wzrastać długość ich
fali..." Tak na chłopski rozum, choć w latach czterdziestych ub.
wieku nie było to wcale tak oczywiste. Właśnie wtedy G. Gamow wraz ze swymi
uczniami na bazie przypuszczenia, że na początku temperatura musiała być bardzo
wysoka, przewidywał istnienie promieniowania tła stanowiącego relikt
najdawniejszych czasów – tuż po Big-Bangu (tak nazwał ten uczony Wielki
Wybuch). "Powinno to być promieniowanie cieplne, którego rozkład zgodny ma
być z prawem Wiena."
Sądząc po przedstawionym wyżej uproszczonym
modelu, stwierdzić można, że długość fali domniemanego promieniowania
reliktowego wzrasta proporcjonalnie do rozmiarów Wszechświata, to znaczy do
jego promienia. Zapisujemy to następująco:
Problemem byłoby
to, że początkowej (gdy w czasie samego Wybuchu pojawiło się promieniowanie
elektromagnetyczne), tej najmniejszej w historii Wszechświata długości fali,
nie możemy znać. Oczywiście nie jest możliwe jej obserwacyjne wyznaczenie. Całe
szczęście możliwe jest obliczenie po jakim czasie od Wielkiego Wybuchu dojść
musiało do separacji promieniowania i materii substancjalnej. Moment ten służyć
może za punkt odniesienia. Jak wyżej wspomniałem, promieniowanie odseparowało
się od materii substancjalnej, gdy odpowiadało temperturze 3000K. Nastąpiło to po
upływie około trzystu tysięcy lat od momentu „wybychu”. Promień Wszechświata
równy był tyleż samo lat świetlnych. Nie bierzemy oczywiście pod uwagę
wstępnego, bardzo wczesnego, okresu, w którym, zgodnie z przyjętym powszechnie
dość uzasadnionym poglądem (który i ja podzielam), miał miejsce wzrost
nieliniowy. Trwał on jednak bardzo krótko, wprost drobny ułamek sekundy
(zgodnie z naszą subiektywną miarą czasu).
Oszacujmy najpierw długość fali
promieniowania termicznego odpowiadającego wspomnianej temperaturze trzech
tysięcy kelwinów. Oprzemy się na prawie Wiena:
Tutaj:
C – stała C = 2,898 ·10^-3 m·K, T – temperatura w skali bezwzględnej, którą dla uproszczenia nazwiemy
temperaturą promieniowania. W naszym przypadku temperatura ta wynosi 3000K. Otrzymujemy
więc: λ1 = 0,966·10^-6 m .
Przyjmijmy
teraz, że dziś promień Wszechświata, R2, równy jest 15 miliardów lat
świetlnych (zgodnie z przyjętą przez nas „roboczo” wartością stałej Hubble'a), a w momencie rozprzężenia
wynosił 3·10^5 ly. Bazując na
równości (*) otrzymujemy: λ2 = 4,83·10^-2 m . Jest to długość
fali promieniowania mikrofalowego. Wynik ten daje tylko oszacowanie rzędu
wielkości. Trudno o większe wymagania. Wszak bazowaliśmy w gruncie rzeczy na
programie fizyki licealnej. Czy takie promieniowanie w ogóle istnieje?…
Oszacowanie
to, jak wspomniałem powyżej, jest dużym uproszczeniem również z tego powodu, że
fotony stanowią ogromną przewagę ilościową w stosunku do cząstek masywnych. Na
każdy barion przypada bowiem około miliarda fotonów. Zatem nawet jeśli
temperatura odpowiadająca maksimum widma jest stosunkowo niska (na przykład
3.000K), bardzo dużo jest fotonów o bardzo wielkiej energii. Nie było więc tak,
że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Wszechświat nagle stał się
przeźroczysty. Oto jedna z przyczyn tego, że obliczenia powyższe są grubym
oszacowaniwem, tylko dla potrzeb ogólnej orientacji. Poza tym, choćby z tego
samego powodu, sam proces rozprzężenia rozciągnięty musiał być w czasie, nie
mógł być aktem przbiegającym w mgnieniu oka. Dodać do tego należy, że sam
Wszechświat, już wtedy, jednorodny był tylko w skali globalnej, a
niejednorodności lokalne z całą pewnością istniały już. Czym spowodowane? – o
tym później. Można też zajrzeć do mojego blogu
sąsiedniego.
Można
przypuszczać, że podobnie rozumował George Gamow w latach czterdziestych.
Uczniowie jego: Alpher i Herman uznali, że powinno to być promieniowanie
mikrofalowe. Pracujący w różnych ośrodkach Peebls i Zeldowicz oszacowali (w początkach lat sześćdziesiątych) temperaturę
hipotetycznego promieniowania reliktowego na 5 – 10 K. Jest to temperatura
odpowiadająca rzeczywiście promieniowaniu mikrofalowemu. Nie wiedzieli, że
dokładnie w tym samym czasie dokonuje się największe odkrycie dwudziestego
wieku (tak sądzi wielu).
Promieniowanie
reliktowe odkryte zostało w najbardziej odpowiednim momencie (choć nie w
najbardziej odpowiednim miejscu), już wiosną 1964 roku. Uczeni tak bardzo zaangażowani w jego przewidywanie nawet o tym
nie wiedzieli. Odkrycia dokonali dwaj radioastronomowie Arno Penzias i Robert
Wilson. W swej codziennej pracy zawodowej wcale nie poszukiwali promieniowania
reliktowego. Przypadkiem antena ich odebrała dziwny szum mikrofalowy o długości
7,35 cm ,
wyraźnie silniejszy od szumu aparaturowego. Nie pomogła zmiana orientacji
anteny (i jej oczyszczenie). Promieniowanie było izotropowe. To było to.
Odkrycie promieniowania reliktowego przesądziło o słuszności koncepcji
Wielkiego Wybuchu. Za swe odkrycie, wymienieni astronomowie otrzymali nagrodę Nobla
(1978). Odkrycie to zapoczątkowało bardzo intensywne badania. Kosmologia stała
się nawet modną dziedziną fizyki, szczególnie w ostatnim dziesięcioleciu. [Mnie te rzeczy bawiły już w dzieciństwie, ale dopiero na stare
lata zdobyłem się na to, by upublicznić swe popełnienia. A w trakcie tego upubliczniania,
to naturalne, opadła mnie lawina nowych pomysłów.]
Okazało
się, że promieniowanie tła (to reliktowe)
wykazuje cechy promieniowania ciała doskonale czarnego o temperaturze 2,73K. Jak widać, w naszym grubym oszacowaniu nie pomyliliśmy się
wiele . To
by mogło potwierdzać słuszność samego podejścia.
Co zaskakujące, promieniowanie to jest izotropowe
pomimo, że z wyglądu Wszechświat wcale nie jest jednorodny. Niedawno odkryto
bowiem rozległe obszary, w których koncentracja galaktyk przekracza znacznie
średnią. Jeden z nich nazwano Wielką Scianą. Odkryto także obszary ciemne, a w nich tylko słabo świecące galaktyki – Wielki Atraktor. Wielkoskalowe
obiekty tego typu wywierają wpływ nie do pominięcia na zachowanie się galaktyk.
Stwierdzono na przykład, że Galaktyka (nasza) porusza się z nadspodziewanie
dużą prękością 600 km/s w kierunku Wielkiego Atraktora. Okazało się więc, że
obszary wyjątkowo zagęszczone rozdzielone są przez nie mniej rozległe, rzędu
setek milionów lat świetlnych, przestrzenie zdawałoby się puste. Badania z pomocą teleskopu
Hubble'a (w pierwszych latach tego wieku) ukazują Wszechświat jako coś w
rodzaju piany mydlanej, przy czym kondensacje galaktyk na obrzeżach
"bąbli", co ciekawe, pokrywają się z kondensacją materii ciemnej, o której obecności świadczyłby efekt soczewkowania
grawitacyjnego. Wskazuje to na konkretny
kierunek badań nad genezą galaktyk. Poświęciłem temu odrębny cykl artykułów.
Zamierzam go opublikować także w tym blogu.
Porównanie to (piana) dość często
powraca w książkach poświęconych kosmologii. Jak to wszystko pogodzić z
jednorodnością i izotropowością promieniowania reliktowego? Oto jest pytanie.
Należało więc
zbadać jeszcze dokładniej to promieniowanie. Zadanie to powierzono satelicie
COBE (Cosmic Background Explorer), wysłanemu na orbitę okołoziemską w
listopadzie 1989 roku. Badania te przeprowadzono
powtórnie (jeszcze bardziej precyzyjne) dzięki sondzie WMAP (Wilkinson
Microwave Anisotropy Probe), wyniesionej na orbitę
okołosłoneczną przez rakietę delta 2 w czerwcu 2001 roku. Okazało się,
że jednorodność promieniowania reliktowego nie jest absolutna. Oznacza to, że
już wtedy, gdy uwolniło się ono od materii substancjalnej (jakieś pół miliona
lat po wybuchu), miało temperaturę nie w stu procentach jednakową we wszystkich
miejscach. Chyba nie jest to aż tak dziwne zważywszy na to, że proces separacji
promieniowania od materii substancjalnej był rozciągnięty w czasie (300 tys. do
700 tys. lat). „Dlaczego był rozciągnięty?” Można zapytać. Można przypuszczać,
że ta (wykryta przez satelitę) drobna, zdawałoby się nieistotna, anizotropowość
promieniowania, tłumaczy zadziwiający fakt niejednorodności występowania
obiektów galaktycznych. (Czy rzeczywiście? Może chodzi tu tylko o zbieżność
faktów posiadających wspólne źródło...) Do kwestii tej ustosunkowałem się też w
innym miejscu. Warto
zajrzeć do artykułów (drugi blog), traktujących
ogólnie o grawitacji, a w szczegółach omawiających m. in. pierwsze chwile
Wielkiego Wybuchu.
Należy do tego dodać, że w skali globalnej,
mimo wszystko uważa się, że Wszechświat jest
jednorodny w pełni i potwierdza zasadę kosmologiczną. [Jeszcze
bardziej (niż przypuszczalna jednorodność) potwierdza tę zasadę istnienie
takich samych niejednorodności ("pianki")
w oczach każdego obserwatora, niezależnie od jego
położenia] Wyniki uzyskane za pomocą wymienionych wyżej sond ostatecznie przesądziły o słuszności
twierdzenia, że ekspansję poprzedził stan, w którym cała materia Wszechświata,
w tym samym momencie, skupiona była w bardzo małym obszarze i tworzyła układ samouzgodniony (tego ostatniego
stwierdzenia nie uzgadniałem z nikim). Co prawda, wielu uczonych
przekonanych jest, że była to osobliwość, ale nie jest to wcale wiążące.
Istotne jest to, że ekspansja była równoczesna dla wszystkich elementów
przestrzennie wchodzących w skład ekspandującego obiektu. W tej chwili w
zasadzie nikt w to już nie wątpi. Swoją drogą, ta
równoczesność, jak wyżej wspomniałem, mogłaby oznaczać absolutne
samouzgodnienie własności i procesów przebiegających w najwcześniejszej fazie
Wybuchu. Tematowi temu poświęcę sporo miejsca w dalej, a w innym kontekście poświęciłem w artykułach
zamieszczonych w drugim blogu.
W poprzednich artykułach przyjąłem za
obowiązującą, tezę, że obserwowalny Wszechświat jest Wszystkim, co istnieje, jest
wszystkością. Nie ma nic poza nią. Nie ma niczego poza
horyzontem, nie ma wszechświatów równoległych nie ma Wsz. skośnych i
przecinających się. Jego konkretną, skończoną wielkość wyznacza współczynnik H
i stała c. Świadczy o tym bezpośrednio promieniowanie
reliktowe. "Czyżby?"
Oszacowanie temperatury tego promieniowania już
przez Gamowa i potwierdzenie tego przewidywania, świadczy o tym wymownie.
Przecież bazował na właściwościach promieniowania ciała doskonale czarnego zamkniętego w obszarze o ograniczonej objętości (we wnęce). Zmiana temperatury jest wówczas w
przybliżeniu proporcjonalna do zmiennych
rozmiarów liniowych tej "wnęki" (odwrotna proporcjonalność). Znając
temperaturę w epoce rozprzężenia (rzędu 3000K), oraz rozmiary Wszechświata wówczas, powiedzmy pół miliona lat
świetlnych i znając przybliżone dzisiejsze rozmiary Wsz. (na bazie prawa H i
prędkości c) mogliśmy, również my, przewidzieć
(z nienajgorszym wynikiem) dzisiejszą
temperaturę promieniowania reliktowego. A teraz
Uwaga! Gdyby istniało coś ekstra (nieobserwowalne), a przy tym należące do naszego Wszechświata
(wielkość wnęki przekraczałaby rozmiary
hubblowskie), to wyliczona z góry temperatura nie byłaby zgodna z
temperaturą promieniowania reliktowego. Byłaby dużo niższa. O ile? Dobre
pytanie. To chyba daje do myślenia. Przecież dziś uważa się, że Wszechświat sięga znacznie
dalej, niż promień hubblowski. Nawet określono średnicę Wszechświata na równą
ok. 92 miliardów lat świetlnych. To wyraźna niekonsekwencja. Domniemaną przyczyną
jest "inflacja", która spowodowała to, że Wszechświat jest znacznie
większy, niż jest... W drugim blogu opisałem Urelę i przemianę fazową, a także stwierdziłem, że budulcem przestrzeni jest ruch (nawet bezwładny)
materii uformowanej
w wyniku tej przemiany. Warto tam zajrzeć. Bazowanie na inflacji i "ucieczce poza widomy
Wszechświat" jego części, w dodatku bazowanie na paradygmacie
łącznościowym – oczekiwanie obiektów dziś na razie nie widocznych (spoza
horyzontu), wywołuje we mnie spory niedosyt (by nie nazywać tego inaczej). Te
nadświetlne dalej sobie uciekają nie dając nam szans dogonienia. Dokąd? W
nieskończoność? Ku innym wszechświatom? Przestrzeń jest nieskończona (i płaska)
– jak wszechświat statyczny? A co z bąblem riemanowskim, majacym modelować nasz
zaścianek?
Wniosek: Wszechświat
obserwowalny jest Wszystkością. Granica horyzontu hubblowskiego zamyka
wszystko. A co jest dalej? Nie ma sensu o tym mówić. Wszechświat widocznie jest
obiektem o określonych, nie zgłębionych dotąd cechach topologicznych, których
poglądowym (liniowym, a nie przestrzennym) modelem może być wstęga Möbiusa. Ta szczególna topologia narzuca też
określoną, cykliczną zmienność Wszechswiata.
Jeśli Wszechświat obserwowalny jest
wszystkością, a w dodatku jego wielkość jest ograniczona, jak najbardziej
naturalną kwestią jest jego masa, a rozpatrywanie jedynie parametru gęstości
stwarza niedosyt poznawczy, którego zaspokojenie jest rzeczą jak najbardziej
uzasadnioną. Jednoznaczne określenie jego przestrzennych rozmiarów daje możliwość szacowania masy
Wszechświata. Zaowocuje to zresztą ciekawymi ustaleniami. Także z tego powodu na prawdę warto zajrzeć do artykułów traktujących o
grawitacji dualnej, w drugim blogu, szczególnie artykuł pierwszy.
*) Istniały wówczas tylko
trzy pierwiastki: wodór, hel i lit. Warunki dla syntezy pozostałych
pierwiastków stworzyły się dopiero z chwilą pojawienia się gwiazd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz