sobota, 18 stycznia 2014

Masa Wszechwiata

Józef Gelbard

Masa Wszechświata.

To kolejny temat dociekań  poświęconych podstawom kosmologii, a bazujących na treści  trzech moich książek:
1. Elementarne wprowadzenie do szczególnej teorii względności, nieco...inaczej.
2. Pofantazjujmy o Wszechświecie I. Oscylujący? To nie takie proste.
3. Pofantazjujmy o Wszechświecie II. W głąb materii: grawitacja w "podwymiarach".

Wstęp
     Jedną z konkluzji już w początkach naszych rozważań było stwierdzenie, że Wszechświat obserwowalny, ograniczony przez horyzont hubblowski, stanowi absolutną wszystkość. Do tezy tej powracać będziemy wielokrotnie. Prowadzi to do wniosku o ograniczoności ilościowej Wszechświata, a nawet do konkluzji, że niezmienna jest też jego zawartość substancjalna, niezależnie od mnogości zachodzacych w niej przemian. Niezależnie od tego, także przyjęcie koncepcji Wielkiego Wybuchu, najbardziej dziś uzasadnione, pociąga za sobą możliwość, jeśli nie konieczność (nie zawsze uświadamianą), akceptacji takiego właśnie podejścia. Wszak, jeśli coś wybuchło, nie może być nieograniczone ilościowo. Jakoś na to nie zwraca się uwagi. Bo to oczywiste? Wcale nie jestem pewien.
     W związku z istnieniem tego ograniczenia, określanie masy Wszechświata ma więc jakiś sens. Nie miałoby sensu, gdyby Wszechświat był nieskończony lub jego rozmiary były nieokreślone. Wówczas parametr gęstości (W) byłby jedynym sensownym parametrem informującym o zawartości materialnej Wszechświata. Dziś o jego masie właściwie nie mówi się. O czym to świadczy? Chyba o tym, że, z jednej strony nie udało się określić jednoznacznie rozmiarów pełnych Wszechświata (domniemana średnica 92 miliardów lat świetlnych, to rezultat koncepcji, a nie pomiaru, koncepcji, która okazać się może niewypałem); z drugiej zaś, intuicyjnie, może podświadomie, w dalszym ciągu, pomimo prawie stu lat rozwoju nauki i dzisiejszego przekonania o istnieniu ewolucji Wszechświata i pomimo deklaracji o jego zmienności, odbiera się Wszechświat jako byt nieskończony (lub coś w tym rodzaju). Czy coś nieskończonego może być zmienne?
    Nie mówi się więc dziś w zasadzie o masie Wszechświata. Jej określenie na podstawie obserwacji byłoby syzyfową pracą. Po prostu nie wszystko można zobaczyć. Poza tym ekstensywność* masy wobec dociekań siłą rzeczy bazujących na obserwacji (bez możliwości przeprowadzenia eksperymentu), nie stanowi bazy dla uogólnień, dla uzyskania obrazu całościowego. Z tego powodu, i słusznie, kosmologia współczesna posługuje się intensywnym* parametrem gęstości. Dla przypomnienia, równy on jest stosunkowi gęstości średniej Wszechświata do jego gęstości krytycznej.
   A jednak wbrew temu i na przekór rozsądkowi, zajmę się właśnie masą. Stworzy to bowiem bazę dla przemyśleń i konkluzji wykraczających poza standard, konkluzji falsyfikowalnych, a nawet antycypujących i zgodnych z obserwacją. Mimo wszystko to nie Wielka Nowa Teoria, a tylko i wyłącznie testowanie określonej koncepcji, która nie pojawiłaby się, gdyby wszystko w dzisiejszej kosmologii i astrofizyce było OK. A nie jest. W odniesieniu do „masy Wszechświata, zasadność pójścia tą inną drogą sygnalizowałem już wcześniej, przy tym potwierdzają tę zasadność wyniki poniższych dociekań – chyba dość zachęcające...do odrzucenia, kategorycznego i bez uzasadnień...(?). Przy tej okazji gorąco zachęcam do lektury artykułów, które ukazują się w mym sąsiednim blogu: „Niekonwencjonalna wizja Wszechświata, a w związku z poruszaną tu tematyką, do artykułu czwartego serii pierwszej poświęconej dualności grawitacji.

1. Szacujemy masę Wszechświata.
      Nie jest trudno to zrobić w odniesieniu do obiektów obserwowalnych. Masa kuli ziemskiej równa jest 6·10^24kg, masa Słońca jest 333000 razy większa od masy Ziemi, czyli równa jest około 2·10^30kg. Masę przeciętnej galaktyki szacuje się na sto miliardów mas słonecznych, a liczbę łączną galaktyk szacuje się identycznie. Ostatecznie masę świecących obiektów Wszechświata oszacować można na 2·10^52kg. Oszacowanie przeprowadzić możemy też w inny sposób. Otóż obserwacyjne zliczenia galaktyk dają ich uśrednione zagęszczenie. Okazuje się, że średnio jedna galaktyka przypada na 1Mps (megaparsek)**. Jeśli przyjmiemy, że najdalsze obiekty świecące znajdują się w odległości 15 miliardów lat świetlnych, przyjmując, że Wszechświat stanowi kulę o tym promieniu, otrzymujemy łączną jego masę, równą: 8,2·10^52kg. Wynik ten nieźle zgadza się z poprzednim oszacowaniem (ten sam rząd wielkości). Można nawet „wyjaśnić”, że jest większa, gdyż uwzględnia masę materii, która jeszcze nie świeci gwiazdami, materii zbyt na to młodej, materii zalegającej gdzieś w pobliżu horyzontu. „O naiwności! To przecież przypadek”.
    W naszym wstępnym oszacowaniu braliśmy pod uwagę jedynie obiekty świecące, manifestujące swą obecność emisją promieniowania, w szczególności światła. Należałoby wziąć też pod uwagę masę materii zalegającej w pobliżu horyzontu (jak wyżej wspomniałem kursywą), materii zbyt młodej, by mogła już świecić światłem gwiazd. Z badań wiarygodnych wynika, że materia świecąca pierwszych protogalaktyk pojawiła się około półtora miliarda lat*** po Wielkim Wybuchu. Czas ten stanowi około 10% dzisiejszego wieku Wszechświata. Można przypuszczać więc, że masa jego niedostrzegalnej części stanowi dość istotny składnik masy łącznej (rzędu 10%).
    Najprawdopodobniej istnieje też materia nie świecąca, tak w galaktykach, jak i w rozległych obszarach międzygalaktycznych. Jej masa nawet przewyższa masę materii świecącej. Według dzisiejszych oszacowań nawet pięciokrotnie. O istnieniu tej ciemnej materii świadczyłyby dane obserwacyjne. Już w latach trzydziestych ub. wieku zauważono „nadmiernie” szybkie ruchy galaktyk w gromadach, jakie tworzą (gromada w Warkoczu Bereniki – Fritz Zwicky; gromada w Pannie – Sinclair Smith), a mimo to nie widać, aby gromady te rozpadały się. Widocznie masa łączna gromady jest znacznie większa. Zauważono też, że rotacja licznych galaktyk jest zbyt szybka, by spora liczba gwiazd tworzących je, mogła stanowić układ stabilny. Wniosek: rzeczywista masa galaktyk jest znacznie większa, większa dzięki masie ciemnej materii. O istnieniu ciemnej materii, tym razem w przestrzeniach międzygalaktycznych, świadczyłyby też intensywne ruchy własne galaktyk nie uzasadnione niczym innym, a także wynik analizy ilościowej efektu soczewkowania grawitacyjnego, zaobserwowany podczas badania odległych gromad galaktyk. [Na istnienie ciemnej materii wskazują badania ostatnich lat, przeprowadzone z pomocą teleskopu Hubble. Okazuje się, ze galaktyki rozmieszczone są tak, że tworzą jakby strukturę piany. Metodą soczewkowania grawitacyjnego przebadano obszary zajęte przez galaktyki. Właśnie w tych obszarach znaleziono ciemną materię.]  Na możliwość istnienia ciemnej materii zwróciłem uwagę już wcześniej. Można oczekiwać, że ciemna materia w przestrzeniach międzygalaktycznych, a także w samych galaktykach, stanowi relikt wczesnego stadium wybuchu, jeszcze zanim pojawiła się materia dzisiejsza wraz z oddziaływaniami elektrosłabymi i silnymi, które ją ukształtowały. Tam, w materii tej, nie utworzyły się atomy, pozostały być może układy i cząstki nam nie znane, nie mogące świecić nawet jeśli skupiają się w twory zagęszczone, wypełniające i otaczające obiekty widoczne. Być może właśnie fraktale ciemnej materii skupiały wokół siebie materię, która dała początek najpierw gwiazdom (wodór, hel i lit), a potem, w większej skali, galaktykom. Być może właśnie ciemna materia przyczyniła się do fragmentacji materii (w pierwszym miliardzie lat po Wybuchu), co pociągnęło za sobą utworzenie się gromad galaktyk, a także dzielących je obszarów międzygalaktycznej „pustki”. Przykładem takiej „pustki” jest Wielki Atraktor, do którego, o dziwo, zmierzaja liczne galaktyki z naszego obszaru. Nasza pędzi w tamtą stronę  z prędkością około 600km/s). Aktualnie, choć uznaje się istnienie ciemnej materii za niewątpliwy fakt przyrodniczy, jej cechy strukturalne, nawet jej materialna istota, to zagadka na przyszłość... Wskazówkę co do charakteru tej reliktowej materii dać może treść mojej książki (tej trzeciej z wymienionych), koncentrującej się między innymi na opisie struktury materii w skali skrajnych małości. Rzecz opisałem też w pierwszej serii artykułów (o dualności grawitacji), w artykule trzecim, wprost wskazując na to, czym jest ciemna materia. Tutaj podążam w nieco innym kierunku, rozważając Wszechświat bardziej całościowo.
     Często mówi się też o istotnym wkładzie masy neutrin do łącznej masy Wszechświata. Całkiem możliwe. Aktualnie przygotowuję serię artykułów poświęconych tej cząstece (w sąsiednim blogu). Rzecz opisałem także w swej książce. W duchu tej publikacji neutrinowa osnowa przestrzeni mogłaby stanowić ewentualnie o istnieniu tak zwanej ciemnej energii, o której źródle nikt nie wie, być może poza neutrinami (jeszcze będzie o tym mowa, choć tym tropem raczej nie pójdziemy).
     Uwzględniając obecność ciemnej materii o masie pięciokrotnie większej, niż masa materii świecącej i bazując na naszym wstępnym oszacowaniu, możemy przyjąć, że masa Wszechświata wynosi 10^53kg. Wielkość ta w zasadzie akceptowalna jest przez znaczną część astronomów (nawet jeśli zajmowanie się masą Wszechświata, ich zdaniem, mija się z celem). Chodzi oczywiście o rząd wielkości, a nie o liczbę sprecyzowaną. Czy to masa całego Wszechświata, czy też jego części widocznej? Raczej to pierwsze.
     Dla osób obeznanych z tematem oszacowanie to trąci naiwnością. Profesjonalnie podchodzi się do sprawy inaczej. Przede wszystkim szacuje się wartość parametru gęstości , będącego stosunkiem gęstości rzeczywistej Wszechświata do gęstości krytycznej... 
Podejście to pozwala uniknąć w rozważaniach ogólnych, zajmowania się masą Wszechświata, stanowiącą konkretną liczbę. Filozoficznie to spory kłopot. W przeciwieństwie do tego parametr gęstości, jako wielkość intensywna, nie wnika w to, czy Wszechświat jest skończony, bądź nieskończony, nie wnika w jego zewnętrzne parametry.[Otóż to. Pojawia się więc niejednoznaczność, powiedziałbym „nieoznaczoność”, która wcale nie przybliża, wręcz oddala od jednoznaczności obiektywnego bytu przyrodniczego, którym jest Wszechświat.] To dobry patent, ale coś przez to (fenomenologiczne podejście) jest tracone. My zajmować się będziemy zatem masą, nie koniecznie z naiwności i nie tylko obligowani przez względy pedagogiczne. Podejście to uzasadniają wnioski, do których dzięki temu dojdziemy. Kontynuujmy.
 ...W tym celu bazuje się na danych obserwacyjnych, szczególnie na ocenie zawartości deuteru w przestrzeni kosmicznej. Na podstawie tych danych ocenia się, że wkład materii świecącej stanowi ok. 5%. To zaskakująco mało, gdyż dane obserwacyjne wskazują na to, że parametr gęstości ma wartość zbliżoną do (może nawet równą) jedności (100%). Co z resztą? Resztę stanowić ma, zdaniem uczonych (aktualne na dziś): ciemna materia (25%) i  ekwiwalent wspomnianej wyżej tak zwanej ciemnej energii, którą w einsteinowskich równaniach pola wyrażać ma stała kosmologiczna, wprowadzona (i odrzucona) przez Einsteina, a dziś reaktywowana (aż 70%). Bogiem a prawdą, dane te nie bardzo pasują do naszego ustalenia. Należy więc to ustalenie odrzucić. Zanim jednak to zrobimy...

2.Refleksje w kontekście szacowania masy Wszechświata, czyli: pospekulujmy.
...Brnijmy jednak dalej, tym bardziej, że to dopiero początek. Na przykład, w jednym z dalszych artykułów przedstawię argument za tym, że ciemna energia wcale nie musi istnieć, a już niebawem dojdziemy do ustaleń, które stanowić będą podstawę dla zgoła innego (niż dziś przyjęte) modelowania Wszechświata, niesprzecznego jednak (może jeszcze bardziej zgodnego, nawet adekwatnego) z danymi obserwacyjnymi. W dodatku bez stałej kosmologicznej, zgodnie zresztą z decyzją (moim skromnym zdaniem jak najsłuszniejszą) samego Einsteina.   
   Trzeba przyznać, że rozważania dotyczące masy Wszechświata mają jakikolwiek sens pod warunkiem przyjęcia tezy, że Wielki Wybuch faktycznie miał miejsce. Jeśli bowiem coś wybucha, to nie może mieć nieskończenie wielkiej masy, a sam Wszechświat po prostu oscyluje. [Już filozoficznie sam Wybuch ni stąd ni zowąd wraz z niekończącą się ekspansją stanowi problem poważny, którego bagatelizować nie można. Da stroniących od filozofii kosmologów problemu nie ma.] Zwróciłem już na to uwagę wcześniej. Masa Wszechświata (nie ważne jak jest definiowana) jest więc ograniczona, jest konkretną liczbą, nie ważne jak wielką. Jest więc sens zajęcia się też masą, pomimo jej ekstensywności. W szczególności nader interesujące byłoby pytanie: „Jaka będzie maksymalna masa Wszechświata w momencie inwersji między ekspansją, a kontrakcją? ” Moje robocze oszacowania (aktualne na dziś) dają wielkość rzędu: 10^63kg, co by sadowiło nas w wykładniczej połowie półokresu oscylacji Wszechświata.
     I tu pojawia się problem. Każda konkretna liczba rzeczywista, poza zerem, jest elementem nieskończonego zbioru liczb sobie równoważnych, jeśli mają wyrażać cechy określonego bytu przyrodniczego. Równoważnych sobie. „Dlaczego więc masa Wszechświata jest taka, a nie inna?” Pytanie jak najbardziej naturalne, zważywszy na to, że oczekujemy po Wszechświecie, iż posiada cechy swoistego, nie zgłębionego przez nas ideału, a zbudowany jest zgodnie z prawami przyrody jednoznacznymi i obiektywnymi. Wynika stąd wniosek, że albo istnieje liczba różna od zera, liczba bardzo wielka, a przy tym jak zero jedyna, albo też istnieje nieskończenie wiele wszechświatów tworzących ciągłe widmo mas. Jeśli w to włączymy konieczność istnienia określonej struktury i złożoności takiego tworu, a więc także istnienie ograniczeń co do jego minimalnej wielkości, sprawa się komplikuje jeszcze bardziej. Chyba więc lepiej znaleźć tę jedyną liczbę, być może stanowiącą kres liczenia uzasadnionego potrzebą. Albo, po prostu, ta maksymalna masa w momencie inwersji, jest właśnie tą wyjątkową liczbą. Przecież takich wyjątkowych liczb jest więcej – choćby stałe uniwersalne. Ta maksymalna masa byłaby jedną z nich. Na jej wyznaczenie trzeba by było trochę zaczekać.   
   Na razie, wprost za namową intuicji, przyjąc można, nawet arbitralnie, tezę, że układ taki jest po prostu ilościowo wysycony, nie przyjmując więcej elementów jego struktury – nie wykazuje więc na zewnątrz żadnego pola. [Przy tej okazji polecam lekturę artykułu drugiego pierwszej serii (w moim drugim blogu), a w nim rozdziału 5 o wysyceniu grawitacyjnym.] Nie posiada masy? O zerowej, łącznej masie-energii Wszechświata jeszcze będzie mowa. O zerowej masie grawitacyjnej układu punktów materialnych była już mowa w artykule pierwszym pierwszej serii poświęconej dualności grawitacji (w moim drugim blogu). Tak, ale co czyni Wszechświat obiektem wysyconym na podobieństwo fotonu (masa fotonu równa jest zeru) pomimo, że zgodnie z naszym oszacowaniem jego masa wcale nie jest zerowa? Pytnie to wyraża nadzieję na możliwość rozwiązania kwestii, jeśli nie „jutro”, to kiedyś. 
Kiedyś, dawno temu, Wszechświat był na tyle (jeszcze) ściśnięty, że jego masa grawitacyjna równa była zeru. Teraz oczywiście nie. Jak więc może być wysycony? Byłby to jakiś pośredni argument za tym, że chyba poza Wszechświatem nie ma żadnego istnienia... Do postawienia kropki nad ina razie daleko. A może to wysycenie nie musi oznaczać zerowej masy grawitacyjnej, a wielkość masy Wszechświata nie ma na to wpływu? Wszak jeśli istnieje (wysycenie), to cały czas, od samego początku, zawsze, w każdej fazie oscylacji Wszechświata. Tu przypomnijmy sobie zasadę kosmologiczną. Wynika z niej, że natężenie kosmologicznego pola grawitacyjnego w każdym punkcie przestrzeni równe jest zeru, gdyż w związku z jednorodnością Wszechświata siły działające na dowolne ciało z przeciwnych kierunków równoważą się. Wkrótce przekonamy się, że dla odmiany, potencjał pola globalnego jest wielkością stałą (wcale nie znaczy, że zerową) i wszędzie jest jednakowy. [Przypomina to do złudzenia naładowany elektrycznie przewodnik (w warunkach równowagi elektrostatycznej)]To jednak prowokuje do pytania: Czy na zewnątrz Wszechświata, jego potencjał grawitacyjny ma jakąś wartość? Tak to jest z naładowanym przewodnikiem. W kontekście naszych rozważań odpowiedź może być tylko jedna: Wszechświat jest wszystkością, więc pytanie to nie dotyczy sprawy. To wysycenie można zatem pogodzić z istnieniem niezerowej masy grawitacyjnej. Przynajmniej na razie tak to można sobie wyobrazić. Tak nawiasem mówiąc ten kierunek przemyślen nie jest zbyt spójny z duchem ogólnej teorii względności. Czy to wada?Trzeba jednak przyznać, że sporo jeszcze przed nami. Argumentację za tym, że Wszechświat jest Wszystkością, podałem wcześniej tak w tym blogu, jak i w drugim.
    Tak na marginesie, zauważmy, że prędkość ekspansji uznaliśmy za równą c (patrz artykuł poświęcony prawu Hubble`a), która jest przecież prędkością fotonów – interesująca zbieżność, nie ostatnia zresztą. Można pójść dalej, zauważyć, że jeśli c jest prędkością ekspansji Wszechświata (jako kres górny prędkości względnych konkretnych obiektów), to nic dziwnego, że w swietle zasady kosmologicznej, jest to prędkość niezmiennicza. Ponad sto lat temu niezmienniczość c zostala zapostulowana, a teraz widzimy, że nawet może być wnioskiem z zasady kosmologicznej. A może przyczyną tego wysycenia jest określona, nie zgłębiona przez nas topologia przestrzeni, którą Wszechświat tworzy? Gdzie tkwi przyczyna tej topologii? Gdzieś głęboko w „podwymiarach”? Ciekawe, że ta przestrzeń w „środku” jest płaska, euklidesowa (o tym więcej w kolejnych artykułach), a na zewnątrz...Możliwe, że to „zewnątrz” wcale nie istnieje. Ale nie uprzedzajmy faktów. Jeśli więc na zewnątrz żadne pole nie zdradza naszego istnienia, to Wszechświat nie może być widoczny dla „kolegów”, nie istnieje więc dla jakiegokolwiek obserwatora zzewnątrz. Dla swych mieszkańców jest więc jedynym istniejącym, nawet jeśli stanowi element nieskończonej mnogości. O tej mnogości wiedzą przy tym tylko filozofowie. Jeśli On, to także pozostałe wszechświaty z nieskończonego zbioru (albo jeden jedyny, albo nieskończenie wiele) nie są widoczne. Dla obserwatora będącego „na zewnątrz” istnieje więc tylko nieskończona pustka. To co on tam robi, do jasnej przez Marszałkowską? A czy istnieje sens dla istnienia nieskończonej pustki? Dla istnienia nieskończonego Nieistnienia? Że to nieistnienie może być pozorne, fałszywe? Co to ma do rzeczy? Czy pomoże nam w zrozumieniu naszego Wszechświata? Dodatkowo, istnienie nasze nie ma zupełnie wpływu na fakt istnienia (lub nieistnienia) czegoś poza nami.
   Już to skłania do konkluzji, że to, co my percepujemy jako Wszechświat, jest jedynością i Wszystkością zarazem, a przy tym jest ilościowo ograniczone. Faktem obserwacyjnym wskazującym na słuszność takiego stawiania sprawy jest znany wszystkim bez wyjątku fakt nocnej czerni nieba. Zainteresowani (i trochę mniej zorientowani) mogą poczytać sobie o tak zwanym Paradoksie Fotometrycznym Olbersa. Teza o wysyceniu i ograniczoności ilościowej Wszechświata przewijać się będzie wielokrotnie w tej pracy.
   Wracając do Wszechświata, najprawdopodobniej wysyconego grawitacyjnie, możemy być  świadomi tego, że jeśli nawet istnieje nieskończona mnogość innych wszechświatów, ich odkrycie nie jest możliwe, gdyż sądzić można, że także one są wysycone, nie dając Nam znać o sobie. Dlaczego My mamy się wyróżniać? Jeśli jeszcze ktoś wątpi, pomyślmy inaczej. Otóż wykrycie nie jest możliwe nie dlatego, gdyż wszystko, co widzimy, zalicza się do Wszechświata, zgodnie z definicją tego pojęcia, lecz dlatego, gdyż być może jakieś szanse na wykrycie innych w tym, że obiekty nie należące do Naszego, zachowywać się powinny w sposób nieuzgodniony z tym, co obserwacyjnie wykryliśmy jako prawidłowość w odniesieniu do naszego Wszechświata, choćby prawo Hubble’a. Jak na razie nic nie wskazuje na możliwość dokonania takiego odkrycia, nawet na sens takich oczekiwań. Chociaż...dziwne jest to, co się dzieje w związku z istnieniem Wielkiego Atraktora... Wniosek stąd byłby ten, że albo różne wszechświaty nie mogą się nawzajem przenikać (jak na przykład podczas zderzenia galaktyk) lub ich elementy nie mogą być wzajemnie wykrywalne, wskutek odmienności ich cech fizycznych; lub też całą absolutną wszystkość materialną i przestrzenną stanowi Wszechświat przez nas percepowany. Osobiście wolę to, niż nieskończenie wiele niewykrywalnych bytów. Nie tylko z powodów praktycznych. A Wielki Atraktor? Jakieś wyjaśnienie się znajdzie.

3. Promień (Schwarzschilda) Wszechświata.
     Dla przypomnienia (i w uproszczeniu), chodzi o promień czarnej dziury, innymi słowami, promień horyzontu grawitacyjnego odpowiadającego określonej masie, zawartej w nim całkowicie. Wyraża się on wzorem:
Do wzoru tego dochodzimy z łatwością na bazie szkolnego kursu mechaniki (newtonowskie prawo powszechnego ciążenia) i nie jest do tego potrzebna ogólna teoria względności (na niej bazując Schwarzschild wyprowadził ten wzór). Po prostu wychodzimy ze wzoru na prędkość ucieczki (jak druga prędkość kosmiczna 11,2 km/s) i zakładamy, że prędkość ucieczki równa jest c. Jeśli podstawimy do tego wzoru oszacowaną przez nas wartość masy Wszechświata, otrzymamy następującą wartość promienia jego horyzontu grawitacyjnego: R = 15,6 miliardów lat świetlnych. Widzimy, że jest to liczba zbliżona wartością do promienia Wszechświata, wyliczonego przez nas na podstawie prawa Hubble’a (piętnastu miliardów lat świetlnych, przy założeniu, że stała H = 20). Prawie dokładnie to samo. Zauważmy jednak, że ewentualna równość promieni: R(graw.) = R(H) wcale nie jest taka oczywista. Stałą H (na tej podstawie promień hubblowski Wszechświata) wyznacza się z bezpośredniego pomiaru odległości i prędkości względnej określonych obiektów, natomiast masę Wszechświata (a stąd promień horyzontu grawitacyjnego) oszacowaliśmy na podstawie ekstrapolacji zliczeń obiektów widocznych, uwzględniając dodatkowo (szacowaną) poprawkę na masę materii nie promieniującej. A może jednak to tylko przypadkowa zbieżność? Nie! To bardzo mało prawdopodobne, zważywszy na wielkość samej liczby (koicydencja tak dużych liczb jest prawie nieprawdopodobna). Twierdzenie, że ta koincydencja istniała zawsze i jest swoistą cechą Wszechświata, nie jest więc pozbawione racjonalnego sensu. Wszak raczej nie żyjemy w jakimś wyjątkowym czasie. Trudno byłoby się z czymś takim pogodzić, chyba, że odwołamy się do wyjątkowej złośliwości Stwórcy. Zabił nam ćwieka? Nie, o to Go, ja osobiście (sądzę, że tym „ja” jest każdy z nas) nie podejrzewam. Antropomorfizacja Absolutu? Nie! To byłby szczyt pychy, szczyt samozakłamania. Bardziej rozsądne jest przyjęcie (skromniejszej) tezy, że ten zakątek czasoprzestrzeni, w którym znajdujemy się, z punktu widzenia Przyrody, nie jest wyjątkowy. Już Giordano Bruno głosił rzecz (do roku 1600). Nie, nie mam zamiaru być jego inkarnacją. Przyjęliśmy bowiem za słuszną zasadę kosmologiczną. Przyjmijmy więc, że to nie przypadek, że coś w tym jest; być może to nawet indykacja jakiejś głębokiej, zasadniczej prawdy przyrodniczej. Uznajmy więc te promienie za (nawet) tożsamościowo równe, gdyż różnica, bardzo niewielka zresztą, między wynikami naszych obliczeń (wartość długości promieni) wynika stąd, że masę Wszechświata oszacowaliśmy z grubsza, natomiast wielkość H przyjęliśmy w sposób arbitralny nie znając jej dokładnej wartości, choć bazowaliśmy na dziś przyjętych oszacowaniach. Sformułujmy więc nasz wniosek w sposób bardziej ceremonialny: Horyzont grawitacyjny Wszechświata pokrywa się z horyzontem hubblowskim. Równość ta, a nawet tożsamość ma charakter uniwersalny. Innymi słowy horyzont grawitacyjny bytu o masie Wszechświata pokrywa się ze „sferą”, której odległość od obserwatora (nie ważne, gdzie się on znajduje) odpowiada niezmienniczej prędkości ekspansji (c), będącej przecież kresem górnym względnych prędkości obiektów (galaktyk), tak, jak wskazuje na to Prawo Hubble’a. Odległość tę nazwiemy promieniem Wszechświata. A co z horyzontem łącznościowym? Ten chyba zejdzie ze sceny, choć dziś właśnie on gra główną rolę. Można go zdefiniować następująco: To największa odległość, z jakiej mogą do nas dotrzeć fotony informując nas łaskawie o obecności gdzieś tam, czegoś tam. Definicja ta jest jak najbardziej słuszna jeśli Wszechświat jest nieskończony (w dodatku statyczny) i oczywiście nigdy Mu się nie wybuchło. [Do tego samego wniosku (o równości promieni) doszedłem w suplemencie do artykułu czwartego (w mym drugim blogu). Warto porównać.]
   Zauważmy, że tuż powyżej zapostulowana równość, przy głębszym zastanowieniu nie powinna być jakąś szczególną nowością, nie powinna nawet zaskakiwać. Jest wprost rzeczą naturalną. Przecież prędkość ucieczki z czarnej dziury równa jest c, tyle samo, co kres górny prędkości względnej obiektów mających znaczenie kosmologiczne (prawo Hubble’a). I nie ważne gdzie znajduje się obserwator... Jak widać równość ta spójna jest nawet z zasadą kosmologiczną. Zatem powyższym postulatem, wbrew początkowym wahaniom, nie podjąłem zbyt wielkiego ryzyka. To tylko mały kapiszon obok beczki prochu na której siedzę. Swoją drogą jak to się stało, że nie zauważono tego wcześniej? Winne zakrzywienie przestrzeni i to, że także w związku z tym, rozważanie masy Wszechświata, jako takiej, "nie ma sensu". Człowiek, to istota na wpół ślepa. Widzi przede wszystkim to, co chce widzieć. Ja też nie od razu tę rzecz dostrzegłem (jako człowiek). Swoją drogą, było mi łatwiej, gdyż do dziś patrzę na sprawy nieco inaczej. Po prostu, coś zostało we mnie z belfra.  

Jak się za chwilkę przekonamy, równość promieni Wszechświata: grawitacyjnego i hubblowskiego, zapostulowana przed chwilą, implikuje inne podejście do zagadnienia masy Wszechświata. Masa materii świecącej, w związku z niemożnością jej pełnego oszacowania, jest właściwie pojęciem pomocniczym. Warto jednak zaznaczyć, że właśnie jej wstępne oszacowanie doprowadziło do spostrzeżenia, które nawet zyskało rangę postulatu. Poniżej wyrazimy masę Wszechświata jako wielkość wynikającą wprost z zapostulowanej równości
    Możemy więc połączyć wzór: v = Hr ... c = HR, wyrażający prawo Hubble’a ze wzorem (*) na promień grawityjny. Otrzymujemy:
Konkretne obliczenia, jakie przeprowadzimy opierając się na tym, pozwolą nam roztrzygnąć, czy rzeczywiście w tym coś jest, czy też to tylko przypadek. Oto co otrzymujemy:
Tak zdefiniowana masa Wszechświata nie ma nic wspólnego ze zliczeniami galaktyk, czy też z zawartością deuteru. W tym momencie nie wnikamy też w to, co składa się na tę masę. Nazwijmy więc tę masę: Umowną Masą Wszechświata (UMW) lub z angielska: Conventional Mass of Universe (CMU). Od tego momentu, mówiąc o masie Wszechświata, mam na myśli właśnie tę Umowną. „Masa Wszechświata” jest więc w zasadzie pojęciem pomocniczym.
  Przeprowadzimy teraz obliczenie, dające odpowiedź na pytanie: „Jakiej masie odpowiadają rozmiary Wszechświata, wyliczone z przyjętej przez nas wartości współczynnika H (20)?” Stosując wzór (**) otrzymujemy:  M = 0,957·10^53kg. Obliczcie to sami (nie zapomnijcie o jednostkach). Przypominam, że wartość współczynnika H szacowana jest na podstawie danych obserwacyjnych. Otrzymane przez nas wyniki bardzo dobrze pasują do masy Wszechświata oszacowanej przez nas na początku. Gdybyśmy przyjęli wartość stałej H za 17,5 (środek przedziału wartości współczynnika H, uznanych za możliwe), otrzymalibyśmy: 1,085·10^53kg. Jak widać, dokładna wartość współczynnika H, jak na razie, nie jest sprawą krytyczną, nie ma znaczenia wobec sedna sprawy. Jaki wniosek z tego wszystkiego? Otóż ten, że znajdujemy się wewnątrz czarnej dziury! Żyjemy, nawet odkrywamy to! (I nic nas nie rozrywa na strzępy jak w niedobrej czarnej dziurze z osobliwością. Właściwie mogliśmy to dawno przewidzieć. Zatem reasumując możemy stwierdzić rzecz następującą. Wszechświat rozszerza się (to już wiadomo z obserwacji), a rozmiary jego wyznacza promień Schwrzschilda; zrozumiałe, że jeśli dziś, to w każdym czasie, bo nasz czas wcale nie jest wyjątkowy. Co stąd wynika?
     Przed chwilą zapostulowałem równość promieni R(graw.) i R(H). Wraz z tym z obserwacji wynika, że Wszechświat rozszerza się. Wniosek stąd, że... 

 4. Masa Wszechświata sukcesywnie wzrasta.
     Wszak wielkość masy bezpośrednio określa wielkość promienia horyzontu grawitacyjnego. Czy to możliwe? Czy w oparciu o wiedzę współczesną można tę rzecz wyjaśnić? Czy rzecz jest do strawienia? Jaki jest więc mechanizm wzrostu masy? Oto jest pytanie. Spróbujmy na nie odpowiedzieć. Od razu nasuwa się teoria stanu stacjonarnego (steady state theory), której twórcami byli: H. Bondi, T. Gold i F. Hoyle (1948), dość popularna w latach pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Zakładała ona między innymi ciągłą kreację materii z niczego, mającą zapewnić stacjonarność cech Wszechświata pomimo jego rozszerzania się. To „z niczego” w końcu pogrzebało tę teorię, choć wcale nie było to aż takie absurdalne, zważywszy na to, że chodziło o roboczą próbę uratowania stabilności cech Wszechświata, bo „to przecież Wszechświat”; zważywszy też na dzisiejszą mnogość pomysłów nie mniej interesujących i przyjmowanych z głębokim „zrozumieniem”, jakby kamień filozoficzny był tuż tuż. Och, choć na chwilkę być Harry Potterem... Tak nawiasem mówiąc, nie wszystko, co istnieje, musi być widoczne.

     Jaki jest więc mechanizm, wzrostu masy? Odpowiedzi należy szukać z całą pewnością gdzieś indziej. Rozważmy następującą możliwość. Wszechświat rozszerza się, co oznacza poszerzanie się horyzontu. Tak, jak byśmy patrzyli ze startującej rakiety lub choćby ze wznoszącego się samolotu, widząc coraz rozleglejszy krajobraz, dostrzegając wciąż nowe szczegóły, coraz odleglejsze od punktu startu. Analogia ta sugeruje, że mowa tu o horyzoncie łącznościowym****.Jeśli patrzymy na kulę z coraz większej odległości, rzeczywiście ogarniamy coraz większy obszar. Jednak całej kuli nie zobaczymy. Z odległości nieskończenie wielkiej dostrzeżemy co najwyżej obszar półkuli. A co jest dalej? Antyświat?... Dla przypomnienia, my znajdujemy się wewnątrz Wszechświata. Czy zatem to, co widzimy jest wszystkością? Horyzont określony przez inwariant c, to coś innego. Tworzy on bowiem absolutną granicę między bytem, a niebytem.[Tak na marginesie, nie wyklucza to możliwości istnienia cząstek o prędkości nadświetlnej – o tym innym razemJeśli jednak jest to horyzont łącznościowy, coś za nim z całą pewnością istnieje. Rozszerzając się ogarnia on przestrzenie dotąd dla nas zakryte. Dzięki temu przyłączają się do nas obiekty, które jak dotąd „nie istniały” dla nas. Czy obiekty te, przyłączając się, powiększają sukcesywnie masę Wszechświata? Co by wynikało z tego przyłączania się? Powinniśmy odkrywać pojawiające się nagle obiekty, podobnie jak gwiazdy Nowe lub Supernowe, z tym, że na samym horyzoncie. Czy rozpoznalibyśmy to po bardzo wielkim przesunięciu ku czerwieni? Nieskończenie wielkim? Nie koniecznie. To przecież nie horyzont hubblowski, lecz łącznościowy. Wyłaniają się więc te, od których światło już do nas właśnie dociera. Gdzie się wyłaniają? Znamy przecież obiekty bardzo odległe, które od dawna widzimy. Troszkę dalej niż kwazary? Ale nie dalej niż horyzont. Zaraz, zaraz. Obiekty które mamy wreszcie zobaczyć, istniały jednak wcześniej, choć ich nie widzieliśmy, gdyż fotony od tych obiektów „były jeszcze w drodze”. Obiekty te istniały przynajmniej od momentu wysłania tych fotonów. Ich masa już wtedy stanowiła więc składnik masy Wszechświata, na długo, zanim zostały dostrzeżone. Nie chodzi więc nam o to, czy dostrzegamy jakąś materię ekstra, czy też nie, lecz o to, czy już istnieje jako integralny element Wszechświata. Obiekty ewentualnie zauważone dopiero co (fotonami), nie mają nic wspólnego z tym, czego szukamy. Czy chodziłoby więc o masę jakby powoływaną do istnienia? Znów kłania się, odrzucona przecież z kretesem, teoria stanu stacjonarnego. Powód do wątpliwości dla takiego stawiania sprawy daje także nasze ustalenie, że horyzont grawitacyjny pokrywa się z horyzontem hubblowskim, skąd wynika, że masa Wszechświata rośnie. Dla przypomnienia, „widoczny” przez nas horyzont jest horyzontem hubblowskim, będącym miejscem geometrycznym punktów posiadających niezmienniczą prędkość c. Wszystkie obiekty konkretne, galaktyki, nawet te najdalsze, oczywiście znajdują się bliżej, oddalają się z prędkościami mniejszymi i są widoczne dziś, choćby potencjalnie: należy zaczekać tylko na lepsze teleskopy i pamiętać, że nie od razu po Wybuchu istniały gwiazdy*****. Wszystkie przy tym obiekty wykrywamy (jako bardzo odległe) dzięki dużej stosunkowo wartości przesunięcia ku czerwieni. One jednak już istnieją. Nie można faktu istnienia warunkować obserwowalnością (!), wbrew jednemu z paradygmatów akceptowanych dziś przez wielu fizyków. W kontekście tym kurczowe trzymanie się koncepcji łącznościowej raczej mija się z celem, w każdym razie nie wyjaśnia wzrostu masy Wszechświata.
     Jaki jest więc mechanizm wzrostu tej masy? Zakładamy, że wszystko to ma sens, gdyż jak na razie (chyba) jakichś sprzeczności logicznych nie było, pomimo uporczywości nawyków myślowych.

5. Mechanizm wzrostu masy Wszechświata
     Jak stwierdziliśmy w poprzednim rozdziale, wzrost promienia grawitacyjnego Wszechświata, sprzężony jest z sukcesywnym, wzrostem jego masy. Wcześniej stwierdziliśmy, że zawartość materialna Wszechświata jest ograniczona (a nie nieskończona), nawet substancjalnie niezmienna. Przesłankę na to stwierdzenie stanowi przyjęte za fakt zajście Wielkiego Wybuchu. Kiedyś więc ta „zabawa” powinna się skończyć (bo materii niezbędzie). Co wtedy? W tym kontekście logiczną wydaje się hipoteza, że Wszechświat zacznie się kurczyć. Trudno bowiem liczyć na to, że ekspansja nagle zatrzyma się. „Tak nagle? Co będzie dalej?” Zatem mamy Wszechświat oscylujący. Hipoteza o takim właśnie Wszechświecie wprost narzuca się. Tę właśnie opcję rozwoju Wszechświata uznałem za priorytetową już w artykule poświęconym zasadzie kosmologicznej, a przesłanki, na których wówczas bazowałem spójne są z tym, co dopowiedziane zostało ostatnio. Mamy więc jeszcze jeden argument na potwierdzenie tezy o periodyczności cech przestrzennych (może też fizycznych) Wszechświata. Argumentacja na rzecz tej tezy pogłębia się więc.
     „Masa Wszechświata wzrasta”– to zasadnicza konkluzja poprzedniego rozdziału. Jeśli przy tym słusznym jest przekonanie o periodyczności Wszechświata, w sposób naturalny narzuca się wniosek, że gdy będzie się kurczył, to masa powinna maleć. Jak to może być?
     Jak dotąd oszacowaliśmy masę Wszechświata traktując ją jako wielkość określającą zawartość materialną (powiedzmy: substancjalną). A tu niespodzianka. Masa wzrasta, choć wcale nie uważam, że wzrasta liczba nukleonów, protonów, elektronów i innych cząstek. Skąd się może brać ta dodatkowa masa? [„W gruncie rzeczy chodzi o Umowną Masę Wszechświata” – to jednak nie uspakaja.] Zgodnie z ustaleniem wcześniejszym Wszechświat jest wszystkim, jest tworem zamkniętym, więc nic zzewnątrz nie przybywa. Także odrzucamy możliwość tworzenia się materii z niczego. Czy zatem ta dodatkowa masa bierze się z energii pola grawitacyjnego otaczającego każde masywne ciało? Bo skąd? Energia ta powinna więc sukcesywnie wzrastać w związku ze wzrostem wzajemnej odległości ciał.  I tak było zawsze? Nawet wtedy, gdy nie było naszych nukleonów i elektronów? A co było? Jak widać, jak na razie trochę za wcześnie na to, by wyjaśnić wszystko. Sądzę jednak, że ten kierunek jest obiecujący. Chyba też trzeba będzie zajrzeć dość głęboko w najbardziej elementarną strukturę bytu materialnego.[Zostało to zrobione w pierwszej serii pięciu artykułów zamieszczonych w drugim blogu. Tu, w innej tematyce, zaczęliśmy od zera.]
     Masa Wszechświata, zresztą tak, jak masa każdego obiektu, jest masą grawitacyjną (w myśl definicji podanej w pierwszym ze wspomnianych artykułów). Masa ta wzrasta wraz ze wzrostem odległości między elementami układu, wzrostem energii potencjalnej oddziaływania grawitacyjnego między nimi. Maleje wówczas niedobór masy. Podobnie Wszechświat. Wszak jego zawartość materialna nie ulega zmianie. Teorię stanu stacjonarnego w tym kontekście można ze spokojem odrzucić. Zatem wzrost masy Wszechświata jest powiązany bezpośrednio, zsynchronizowany ze wzrostem jego grawitacyjnej energii potencjalnej... Łatwo powiedzieć...
     Brzmi to trochę obco dla obcujących na codzień z ogólną teorią względności. Energia potencjalna nie jest rozważana przez OTW. Zgodnie z koncepcją preferowaną w tej pracy, przestrzeń w skali bytów materialnych raczej nie jest bytem autonomicznym, pierwotnością, podkładem dla geometrii sprawiającej, że nieruch jest ruchem. Przeciwnie. Tworzy ją ruch względny materii. Stąd też najprawdopodobniej jej immanentna (tak, tak...) płaskość. Model balonika nie jest więc tu adekwatny, a problem płaskości wprost nie istnieje. Dzięki temu energia potencjalna tutaj ma konkretny sens, wbrew dzisiejszemu stawianiu spraw. [Tak nawiasem mówiąc, nie jest to wcale sprzeczne z możliwością istnienia czwartego wymiaru przestrzennego, odpowiedzialnego" za specyficzną topologię Wszechświata, wymiaru (właściwie dodatkowego parametru), stanowiącego o periodyczności jego cech tak przestrzennych, jak i fizycznych.] Jak wiadomo, to dzisiejsze stawianie spraw prowadzi do dwóch, klasycznych już, problemów kosmologicznych: wspomnianej powyżej płaskości i horyzontu (także ten problem niebawem odproblemuje się). Świadczy to o nieadekwatności dzisiejszego ogólnego podejścia z immanentnymi cechami Wszechświata. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Ratunkiem dla koncepcji einsteinowsko-friedmannowskiej, wmiatającym pod dywan owe problemy kosmologiczne, była hipoteza inflacji Alana Gutha, która jednak wprost razi swą sztucznością i typowo ludzkim kombinatorstwem. Z jednej strony mamy kwantową teorię pola, stroniącą od grawitacji nie dającej się zrenormalizować, z drugiej zaś teorię grawitacji (OTW). To tylko modus vivendi, Stwórca nie jest partaczem. A dla ludzi... to wspaniała przygoda w poszukiwaniu Prawdy. 
      Jak więc to jest z tą energią potencjalną? Tak na chłopski rozum, jeśli w ekspansji przestrzeni nie ma mowy o ruchu jako takim (wzrost czynnika skali nie oznacza ruchu w sensie newtonowskim), to również pojęcie pracy i energii potencjalnej traci tradycyjny sens.
   W pracy tej, jak widać, celowo nie bazuję na ogólnej teorii względności (rozumiem doskonale niewybaczalność tego kroku). By być OK musiałbym nic nie robić. Podjąłem (w swej arogancji) próbę testowania spraw za pomocą środków klasycznych, choć uwzględniam efekty relatywistyczne. Wbrew pozorom nie odrzucam OTW. Uważam jednak, że teoria ta jest na razie niedokończona: wobec układów astronomicznie makroskopowych działa bez zarzutu, natomiast do opisu Wszechświata jako całości jest nierelewantna. To dla niej za duże buty. Sądzę, że powinna na przykład uwzględniać istnienie niedoboru masy. To może być przyczyną niedopasowania równań Friedmanna do kosmologicznej rzeczywistości, przyczyną tego, że w odniesieniu do Wszechświata nie spełniła pokładanych w niej nadziei, przyczyną tego, że postanowiłem podejść do sprawy w sposób niekonwencjonalny. Tak nawiasem mówiąc, to także przyczyna tego, że grawitacja nie daje się zrenormalizować.
     Dodać do tego należy jeszcze jedną rzecz. Otóż zgodnie z równaniem Friedmanna możliwa jest opcja ekspansji nieskończonej, w przypadku rozwoju Wszechświata zgodnie z modelami krytycznym i otwartym. W tej sytuacji rozważanie energii potencjalnej stworzyłoby dodatkowy kłopot natury filozoficznej. Zmierzając ku obiektywnej prawdzie należy bowiem unikać nieskończoności (a także osobliwości).
     Przywróciłem więc do łask energię potencjalną. Pojęcie energii potencjalnej układu dwóch ciał znane jest powszechnie, a jego definicja jest ścisła i jednoznaczna. Jednakże gdy mowa o energii potencjalnej Wszechświata mówienie o jakichś ciałach nie ma sensu. Zresztą mija się też z celem poszukiwanie konkretnej wartości łącznej masy wszystkich obiektów Wszechświata. Z tego powodu w rozdziale trzecim wprowadziłem pojęcie Umownej Masy Wszechświata (UMW). Podobnie rzecz się ma z energią potencjalną. Do wyrażenia jej użyć trzeba będzie więc właśnie UMW. Dodatkowo, w układzie (na przykład) dwóch ciał energia ta zależy od odległości, jest funkcją ich wzajemnego położenia. Co do Wszechświata, jedynym uniwersalnym parametrem przestrzennym jest wielkość promienia grawitacyjno-hubblowskiego. Tak więc należałoby w kontekście naszych rozważań przedstawić (jeszcze nie zdefiniować ilościowo) Energię Potencjalną Wszechświata, traktując ją jako globalny parametr, którego wartość jest funkcją uniwersalnego czasu Wszechświata. 
     Bazą ideologiczną dla takiego właśnie pojmowania spraw jest głębokie przekonanie (między innymi moje), że Wszechświat miał swój początek (choćby w sensie rozpoczęcia nowego cyklu), że był to początek wspólny dla wszystkich elementów jego struktury, że wszystkie obiekty łączy wspólna historia. Przy tym, Wszechświat jest integralną całością. W związku z jego rozszerzaniem się i nieprzerwanym wzrostem globalnej energii potencjalnej, wzrasta także globalna masa (maleje jej niedobór). Można to zapisać następująco:
zgodnie ze słynnym wzorem Einsteina (E = mc^2). Tym razem wzrost masy pozostaje w bezpośrednim związku ze wzrostem rozmiarów, bo przecież przyrost energii potencjalnej jest ogólnie uwarunkowany zmianą położenia (klasyczny przykład szkolny stanowi podrzucanie ciał do góry). Być może wpadliśmy na właściwy trop. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na to, że ten sukcesywny wzrost masy Wszechświata zachowuje jego stan, czyli zapewnia (stwierdzoną obserwacyjnie) krytyczność rozwoju niejako w naturze rzeczy, czyniąc parametr gęstości  Ω = 1****** jakby stałą uniwersalną. Warto zapamiętać to zdanie, nawet jako bazę dla przemyśleń w kontynuacji lektury. To roztacza przed nami nowe horyzonty dla dalszych rozważań (nie wyłączając z tego horyzontu zdarzeń), choć oczywiście nie uwalnia nas od „problemów wzrostu”, przeciwnie. Z pomysłem rosnącej masy Wszechświata, w dodatku rosnącej w sposób przedstawiony tu, nie zetknąłem się w źródłach pisanych, stanowiących bazę standardową dla powszechnej świadomości poznawczej.
     „Kosmologia naiwna”? Energia potencjalna, niedobór masy grawitacyjnej? Co jeszcze? Współczesna kosmologia wprost nie koncentruje swych wysiłków na masie (a tym bardziej na energii), z wiadomych już powodów. Czyżbym się aż tak strasznie mylił? A jednak wnioski wynikające z przyjęcia tej koncepcji prowadzą dość daleko, do niekonwencjonalnego, acz spójnego, modelu Wszechświata wraz z jego początkiem (!), modelu generującego antycypacje zbieżne z wynikami obserwacji. A to przecież najważniejsze. Zauważymy to dalej. W tym kontekście modele zbudowane na równaniach Einsteina-Friedmanna zyskują być może inny sens praktyczny (na przykład edukacyjny). Czy pomysł (ze wzrostem masy, zsynchronizowanym ze wzrostem globalnej energii potencjalnej) ma naprawdę szansę być słusznym? Czy szansę tę zaprzepaści jego odrzucenie na bazie nawyków myślowych obowiązujących dziś? W każdym razie (i na razie) spójny jest ten pomysł z przedstawionym tutaj dość specyficznym traktowaniem grawitacji (patrz artykuły w drugim blogu). Do specyficznej grawitacji Wszechświata jeszcze wrócimy.
     Reasumując stwiedzić możemy, że masa grawitacyjna Wszechświata (zgodnie z zasygnalizowaną tu koncepcją) stopniowo wzrasta wzrostem jego globalnej energii potencjalnej. Maleje tym deficyt masy Wszechświata. Zgodnie z dzisiejszym sądem, jego ekspansja naturalnie stopniowo ulega spowolnieniu, a po niedawnych odkryciach, że coś ją przyśpiesza. [Chodzi jednak nie tyle o zmianę prędkości względnych, co o zmianę krzywizny przestrzeni w powiązaniu ze wzrostem czynnika skali.] W tym sensie maleje (lub wzrasta) tempo ekspansji. Nie uwzględniając ciemnej energii porównuje się to ze zwalnianiem podrzuconego do góry ciała, pomimo, że w przykładzie tym mamy do czynienia z ruchem jako takim. Wobec Wszechświata przestrzeń, a wobec ciał faktyczny ruch... Upoglądowienie niezbyt trafione. Ruch, czy też zakrzywiona przestrzeń? Bądźmy konsekwentni. Jak widać, mamy dwa diametralnie różne podejścia (ruch + zakrzywiona przestrzeń). Co niezmiernie ciekawe, obydwa funkcjonują. Ale coś tu nie gra.

*) Parametry ekstensywne – proporcjonalne do ilości materii w układzie: masa, objętość
Parametry intensywne – niezależne od ilości materii w układzie: temperatura, ciśnienie, gęstość.
**) Megaparsek to milion parseków. 1 parsek równy jest 3,26 lat świetlnych
***) Zgodnie z przypuszczeniami sygnalizowanymi w literaturze przedmiotu, już po 200 milionach lat. Chodzi tu o gwiazdy powstałe z fluktuacji gęstości w bardzo ograniczonej skali, jeszcze zanim wyodrębniły się układy mające przekształcić się w galaktyki – obiekty, które możemy zobaczyć. Powinny to być gwiazdy o skrajnie niskiej zawartości metali (pierwiastków cięższych, niż lit). Zdecydowana ich większość, z tych, które do dziś przetrwały, to gwiazdy z całą pewnością zaawansowane pod względem ewolucyjnym. Zauważmy, że w tych odległych czasach koncentracja materii  była bardzo duża. Powstawało więc wiele gwiazd. Podana w tekście liczba 1,5 miliarda lat dotyczy obiektów pregalaktycznych, których dostrzeżenie jest możliwe za pomocą środków, jakimi dziś dysponujemy. Chodzi przede wszystkim o kwazary, widoczne dzięki bardzo intensywnym przemianom energetycznym, zachodzącym w nich.
****) Uzgodnienie własności i procesów nie może zachodzić z prędkością większą niż prędkość światła. W  związku z opisaną tu sytuacją, dany obiekt dostrzec można dopiero po czasie, jaki potrzebuje światło, by dotrzeć od niego do obserwatora. Na kwestię tę już wcześniej zwróciłem uwagę.
*****) Nie w pełni jest to zgodne z dzisiejszym łącznościowym pojmowaniem sprawy: „dostrzegamy dzięki fotonom, które dotarły”, nie uwzględniającym faktu, że wraz z tym ,,kiedyś, przed miliardami lat, wszyscy byliśmy razem”. Kwestii tej poświęcimy jedną z kolejnych notek.
******) Parametr gęstości, to stosunek gęstości rzeczywistej do gęstości krytycznej.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz