sobota, 15 lutego 2014

Katastrofa horyzontalna B.

Józef Gelbard
Katastrofa horyzontalna B.

4. Wiek odległych galaktyk i nie tylko to
      Zanim przejdziemy do obliczeń, które prowadzą do wyników, chyba bardziej zbieżnych z obserwacją, wypowiedzmy ponownie twierdzenie zasadnicze stanowiące dla nich bazę: Wielki Wybuch miał rzeczywiście miejsce, jest faktem przyrodniczym, a przy tym to, co dane jest obserwacji, stanowi Wszechświat w jego absolutnej całości. Twierdzenie to oznacza pośrednio także rezygnację z podejścia łącznościowego, podejścia dopuszczalnego, nawet w pełni uzasadnionego, gdyby Wszechświat był statyczny, a nawet nieskończony.. Ale taki nie jest.
  Reasumując stwierdzić możemy, że: 
a) Wszechświat jest z natury swej płaski (wielkoskalowa niwelacja niejednorodności lokalnych); 
b) Jego (hubblowski) horyzont, będący reliktem „miejsca Wybuchu” (nie licząc nieliniowego etapu wstępnego), określić można jako układ inercjalny – jedyny prawdziwie istniejący. Tę inercjalość wyznacza niezmiennicza prędkość ekspansji (c), która jest kresem górnym prędkości względnych. Niezmiennicza jest dlatego, gdyż jest to prędkość ekspansji Wszechświata, która zgodnie z zasadą kosmologiczną jest jednakowa dla wszystkich obserwatorów. Prędkość ta stanowi relikt stanu Wszechświata z początku przemiany fazowej, kończącej przyśpieszoną, nieliniową ekspansję: URELA – ultra-relativitic acceleration (nie była to inflacja). Opisałem to w artykułach drugiego blogu. Dokładnie wtedy pojawiły się oddziaływania elektromagnetyczne (światło jest przecież falą elektromagnetyczną). 
c) Wobec bardzo wielkich, kosmologicznych odległości obiektów, a w związku z tym dużych prędkości względnych, możliwe, a nawet konieczne jest uwzględnienie efektów relatywistycznych (STW) przy badaniu ich ruchu.
     Zwróciliśmy już uwagę na to, że obiekty bardzo odległe, w tym kwazary, oddalają się od nas z prędkościami relatywistycznymi. Ich wiek, to znaczy wiek Wszechświata tam, z naszego punktu widzenia, jest inny. Są młodsze od nas. Czym są kwazary? Są właściwie galaktykami we wczesnym stadium rozwoju. Patrząc na nie (w odpowiednio reprezentatywnym zbiorze), widzimy historię Wszechświata w epoce kształtowania się dzisiejszych form. Jednak wbrew popularnemu sądowi, widzimy je młodszymi nie z powodu tego, że „fotony, by do nas dotrzeć stamtąd, potrzebowały sporo czasu; widzimy więc galaktyki takimi, jakimi były w momencie wysłania fotonów”. Nie w tym rzecz – w poprzednim artykule sprowadziłem do absurdu ten sposób podejścia. Przecież widzimy się z nimi od samego Wielkiego Wybuchu. A jednak rzeczywiście widzimy je młodszymi. Wiek Wszechświata tam, w naszych oczach, jest inny. Możemy go nawet określić. Aby obliczyć czas jaki upłynął (w naszych oczach) u nich od momentu Wielkiego Wybuchu do chwili obecnej, należy więc zastosować znany wzór wyrażający dylatację czasu. Możemy to uczynić i właśnie w taki, a nie inny sposób, tylko dlatego, gdyż kiedyś „wszyscy byliśmy razem” i wzajemnie widzimy się, nieprzerwanie, od samego początku do dziś. Prawda, że proste? Oto wzór [I]
To jasne, że „oni” mówią dokładnie to samo o nas. W tym przypadku istnieje pełna symetria. Od momentu gdy byliśmy razem, od Wielkiego Wybuchu, minęło u nas, powiedzmy, około piętnastu miliardów lat, czyli: Δt = 15·10^9 lat. Kwazar przez nas wybrany, oddala się od nas ze stałą prędkością v = 272.000 km/s (By to obliczyć należy skorzystać ze wzoru (*) – poprzedni artykuł.). Obliczmy ile czasu upłynęło tam z naszego punktu widzenia: 
czyli znacznie mniej niż u nas. To, co widzimy patrząc na kwazar, przedstawia więc obiekt dużo młodszy niż nasza galaktyka, młodszy o około dziewięciu miliardów lat. Kwazar może więc stanowić określone, wczesne stadium rozwoju galaktyk. Jego stosunkowo małe rozmiary są widocznie rozmiarami jąder galaktyk. Zauważmy także, iż Wszechświat przed dziewięciu miliardami lat był też znacznie mniejszy niż dziś. Ogólnie uważa się, że nie ma to żadnego wpływu na rozmiary obiektów, nawet galaktyk. Ja nie dałbym za to głowy. Na aspekt ten zwróciłem uwagę już wcześniej, choć nie był to zasadniczy temat. Być może z tego między innymi powodu rejestrowana przez nas gęstość energii ich promieniowania wydaje się nam tak bardzo wielka. Poza tym materia otaczająca go nie zaczęła jeszcze świecić gwiazdami pierwszej (młodszej) populacji. W samym jądrze zachodzą jednak bardzo intensywne procesy związane także z grawitacyjnym zapadaniem się materii, co powodować może wyzwalanie się ogromnych ilości energii, wraz z erupcją materii (warto tutaj przypomnieć sobie artykuł poświęcony dualnej grawitacji). Procesom tym poświęcę znacznie więcej miejsca w serii artykułów pt. „Jak powstały galaktyki”.  Intensywne promieniowanie radiowe, emitowane przez te obiekty, stanowić może indykację tych zjawisk. [Ta intensywność świadczyć też może o większej niż dziś wartości inwariantu c.] Niech za przykład posłuży znany już nam kwazar 3C 273 z charakterystyczną strugą (jet). Zgodnie z dość powszechną interpretacją, erupcja materii związana jest jakoś z obecnością czarnej dziury. Ten hipotetyczny obiekt o czarnym kolorze stał się więc panaceum na wszystko*. We wszystkich obiektach astronomicznych o cechach wyjątkowych astrofizycy, z zadziwiającą konsekwencją, doszukują się czarnych dziur. Ja osobiście bardzo powątpiewam w ich istnienie, nawet uzasadniam ich brak (chodzi o czarne dziury z osobliwością)**. Ale cóż, nie ja jestem tu autorytetem. Nie mogę nim być, jeśli sądzę inaczej, w dodatku wytykam różne niedostatki dzisiejszych ugruntowanych przekonań. Inna sprawa, że, by przekonania te posiadać nie trzeba było się przekonać na bazie niezbitych faktów. Wystarczyło uwierzyć. Wiarygodność autorytetów jest niepodważalna. Tego tematu jednak tutaj nie chcę podejmować, by nie stracić głównego wątku.  
     Można by powiedzieć, że patrząc w niebo widzimy historię Wszechświata. Widzimy „nas samych” sprzed iluś tam miliardów lat. Nasz kwazar w obserwowalnej (dla naszych homo arboris) przyszłości rozwinie się w galaktykę jak nasza, w niej powstaną gwiazdy, okrążane przez planety, powstanie życie i inteligencja. Jedną z gwiazd obiegać będzie planeta, na której rozwinie się życie i inteligencja. Uczeni tam odkryją nas jako kwazar, czyli protogalaktykę, a jakiś Tam Gelbard napisze te słowa…Jeśli chodzi o czas, istnieje pełna symetria. Oni właściwie już dziś widzą dokładnie to, co my widzimy, z tym, że to „dziś” nie jest wyznaczane za pomocą fotonów, jest czasem globalnym, czasem Wszechświata, a my czas ten mierzymy naszymi zegarami, gdyż znajdujemy się najdalej od Wielkiego Początku (tak samo, jak wszyscy inni swoją jaźnią, widząc sąsiadów opóźnionych w rozwoju...).
     Co byśmy widzieli gdyby nie istniał czasowy efekt relatywistyczny, gdyby nie istniała prędkość niezmiennicza względem dowolnego układu odniesienia )c(? Wówczas każda galaktyka przedstawiałaby sobą czas teraźniejszy, cały Wszechświat byłby czasową jednością. Oczywiście pod warunkiem, że nastąpił wybuch (Czy w tych warunkach byłoby to możliwe?) i wszyscy w tym momencie byliśmy razem, a potem byliśmy przez cały czas w kontakcie wzrokowym. Kwazarów byśmy nie odkryli, co nawyżej w wykopaliskach (w nagraniach wykonanych przez trylobitów, albo ich dumnych przodków z którejś gromady kulistej).  

5. Konfrontacja
    Powyżej obiecałem ustosunkować się do kwestii czasu potrzebnego światłu z wybuchającej supernowej (ewentualnie innego ekscytującego zdarzenia), należącej do odległej (kosmologicznie) galaktyki, by dotarło do nas. Powszechnie miłośnicy astronomii (nie profesjonaliści) sądzą, że odległość galaktyki, w której nastąpił wybuch, określa bezpośrednio czas wędrówki światła (z winy profesjonalistów-popularyzatorów). Na przykład, jeśli określona galaktyka odległa jest od nas o 8 miliardów lat świetlnych, to światło wędrowało tyleż lat do nas. Zwróciłem na to uwagę już w poprzednim artykule. Wiemy już, że jest to fatalne, wprost infantylne uproszczenie. Załóżmy, że dziś dostrzegamy supernową w galaktyce, której widmo posiada przesunięcie z = 2. Wiek Wszechświata tam, wyliczamy w oparciu o wzór [I]: 9·10^9 lat (według H = 20). Wiek Wszechświata dziś szacujemy (według przyjętej tu wartości H) na 15 miliardów lat. Różnica wieku naszego i galaktyki (wyznaczonego na podstawie wzoru [I]) oznacza, że tę właśnie liczbę lat temu, według naszej rachuby, wybuchła tam supernowa. Nazwijmy to zdanie roboczo Twierdzeniem o czasie zdarzeń (Theorem of Event Time TET). Od tego momentu do dzisiaj światło od tej supernowej podążało ku nam (i dotarło). Zatem światło ze supernowej podążało ku nam 6 miliardów lat.bez akapituA przecież odległość dzisiejsza tej galaktyki od nas równa jest 12 miliardów lat świetlnych. Łatwo to sprawdzić stosując wzór (*) i prawo Hubble'a. Różnica wyraźna. To też powinno być oczywiste na „chłopski rozum”. Przecież gdy wybuchała nasza supernowa, jej macierzysta galaktyka znajdowała się znacznie bliżej nas, z całą pewnością nie w odległości dzisiejszej dwunastu miliardów lat świetlnych. Jaka była ta odległość, obliczymy później. Dzisiejsza odległość nie może więc określać czasu wędrówki światła od supernowej, która wybuchła na przykład przed pięciu miliardami lat (według naszego czasu).
    Skonfrontujmy ten wynik z obliczeniem bazujacym na OTW. Obliczmy mianowicie, bazując na wzorze Mattiga dla przypadku rozwoju krytycznego (wzór [D] z poprzedniego artykułu ), dzisiejszą odległość od nas, obiektu wymienionego powyżej (z = 2). Otrzymujemy: 12,7 miliardów lat świetlnych. W konfrontacji z wynikiem obliczenia, uzyskanym powyżej, różnica niewielka, ok. 0,7 mld.ly. Można by to złożyć na karb zakrzywienia przestrzeni (gdyby nas to zakrzywienie akurat w tym momencie interesowało). Uczyńmy to jednak dla większej wartości z. Niech z = 8. Otrzymujemy odpowiednio:  14,63·10^9 ly i 20·10^9 ly. W pierwszym przypadku (bazującym na mojej koncepcji) nie jest możliwe otrzymanie wielkości większej, niż promień horyzontu (według naszych obliczeń: 15 miliardów lat świetlnych), który przecież oddala się z prędkością niezmienniczą. W drugim otrzymujemy liczbę przekraczającą tę wielkość, nawet znacznie. „Tego właściwie wymaga rozwój krytyczny – rzekłby ktoś.” Graniczna odległość (patrz wzór [D]) przy tym, dla z→∞ , równa jest: 30·10^9 ly. By odległości te przebyć, światło potrzebuje czas znacznie przekraczający wiek Wszechświata, który, według rachuby bazującej na równaniu Friedmanna i dla przypadku rozwoju krytycznego (patrz wzór [B]) i przyjętej przez nas wartości współczynnika Hubble’a, wynosi: 10·10^9 lat. A przecież obiekty te (nawet dla z = 10) są widoczne...  
   Co wynika z tej konfrontacji? Otóż z łatwością zauważamy rozbieżności, tym większe, im bardziej odległych obiektów dotyczą. Przypomina to nam rozbiezności, które stanowiły o „katastrofie ultrafioletowej. Tym razem mamy do czynienia z inną katastrofą. Czy moja propozycja jest słuszna? Dla przypomnienia, oparłem się na twierdzeniu, wyróżnionym powyżej tłustym drukiem (TET), twierdzeniu raczej oczywistym, jeśli rozważamy dylatację czasu, w oczach obserwatora, w odniesieniu do obiektów odległych w sensie kosmologicznym. Wyszło mi najpierw (z = 2) 6 mld. lat wędrówki fotonów, a potem (z = 8) 11,71 mld. lat wędrówki fotonów, aż do zauważenia ewentualnego wybuchu supernowej. Ten właśnie sposób podejścia zastosuję dalej, by wyjaśnić „osłabienie supernowych, to, które dało asumpt do wymyślenia ciemnej energii. „To brzmi jak groźba.
   Po czyjej stronie racja? Z punktu widzenia teorii (OTW), wszystko w porządku. Czy także wobec Przyrody? Czy teoria, choć niezwykle dokładna w odniesieniu do układów, daje absolutną prawdę w odniesieniu do Wszechświata stanowiącego wszystkość, a nie element układu? W odniesieniu do Wszechświata jest przecież mimo wszystko niesprawdzalna. Czy wystarcza zgodność rachunkowa z wymogami określonych modeli? Nie istotne tu, co otrzymaliśmy w naszym przykładzie liczbowym. Chodzi o sprawy  ogólniejsze. Matematyka, czy logos bytu obiektywnego?
     A wracając do wyników, od razu daje się słyszeć: „Odległość wyliczona na bazie OTW powinna być większa, z tego prostego powodu, że rozszerza się przestrzeń – czynnik dodatkowy. Odległość może być więc dużo większa, niż promień horyzontu. Nie ma to jednak wpływu na fotony, podążające ku obserwatorowi (po krzywej geodezyjnej) ze swą niezmienniczą prędkością, by dotrzeć do obserwatora, warunkując tym dostrzeżenie obiektu” (horyzont łącznościowy). A jednak obiekty te, jak już zauważyłem, dziś widzimy (I widzieliśmy w przeszłości dowolnie odległej), pomimo odległości wykluczającej kontakt .... „Nie. To, co widzimy jest stanem sprzed miliardów lat wędrówki fotonów. Nie widzimy dzisiejszego stanu obiektu.” A może jednak?... Przecież dzisiejsze rozmiary Wszechświata określa dzisiejsza wartość współczynnika H.
     A może jednak mimo wszystko należałoby spojrzeć na to inaczej? Wyżej zwróciłem uwagę na to, że widzimy się cały czas, gdyż pochodzimy z tego samego Wybuchu. To tak, jak dwa samochody... W tym kontekście rozwiązanie (uproszczone – naiwne, prostackie?), nie liczące się z rozszerzaniem się zakrzywionej ponoć przestrzeni, a więc nie bazujące na równaniu Friedmanna, wydaje się nawet bardziej koherentne, bardziej pasujące do realiów, nawet do tego, co podpowiada nam ogólna dzisiejsza wiedza o przyrodzie.

   Obliczając odległość dzisiejszą obiektu na podstawie równania Friedmanna, w odniesieniu do bardziej odległych galaktyk otrzymujemy liczbę większą, niż odległość do horyzontu (łącznościowego), to znaczy więcej lat świetlnych (a więc i lat w czasie), niż wynosi wiek Wszechświata. Dla profesjonalistów kosmologów to chleb powszedni, to normalka. Otóż Wszechświat płaski, krytyczny (k = 0), rozszerza się (teoretycznie) w nieskończoność. Ma więc prawo być nieskończenie wielkim. Oznacza to istnienie możliwości tej, że czas wędrówki fotonów od obiektu do obserwatora może być dłuższy niż wiek Wszechświata. Światło wysłane przez określony obiekt bardzo dawno temu, dociera do nas dziś. Dziś jednak odległość tegoż obiektu od nas jest już na tyle duża, że zanim zobaczymy go w jego dzisiejszym stanie, upłynie wiele miliardów lat.” Oto kwintesencja podejścia łącznościowego. Przez te miliardy lat widzieć będziemy jednak jego stopniowe zmiany. Gdy wreszcie dotrze do nas ów foton, który wysłany został dziś, widzieć będziemy coś zupełnie innego (jeśli cierpliwe czekanie uznamy za rzecz nad wyraz ważną). A w przeszłości, aż do dziś, przyglądaliśmy się temu obiektowi, nawet wtedy, gdy jeszcze nim nie był, będąc nierozróżnialną drobnostką, współuczestniczącą wraz z nami w Wielkim Wybuchu. Nie jest więc możliwa sytuacja, w której coś wcześniej nie było widoczne, a dziś pojawia się na scenie w chwale bycia byciem, realizując jeden z symptomów podejścia łącznościowego. Tak w każdym razie wyobrażają sobie rzecz niektórzy. Tym bardziej nie jest możliwe, by to, co na samym początku było „zaprzyjaźnionym sąsiadem”, przestało być widoczne (Z jakiego powodu? Inflacji?), a potem znów stało się widoczne za sprawą fotonów, które wreszcie do nas dotarły. Czyż to nie zakrawa na...?
   Moje podejście jest zgoła inne. W związku z tym, że kiedyś wszyscy byliśmy razem i cały czas wszyscy się wzajemnie widzimy, nie musimy czekać na nadejście fotonów od odległego obiektu. W tej sytuacji aktualną odległość, w jakiej znajduje się dany obiekt wyznaczamy bezpośrednio z prawa Hubble’a, przy czym odległość tę (dzisiejszą) określa dzisiejsza wartość (!) współczynnika H.
  Tak na marginesie zauważmy, że w obydwu kocepcjach zakłada się milcząco, iż globalny czas kosmiczny ma charakter liniowy. Nawet, chyba, jest tym czasem, który percepujemy my naszą jaźnią i mierzymy naszymi zegarami. Czy słusznie? Tak, bo cóż innego nam pozostało? Poza tym nas już nie dotyczą żadne dylatacje. Jesteśmy najdalej od Wybuchu.  

Coś innego odległe galaktyki. 

6. Jeszcze zanim groźba się spełni
     Powyżej obliczyliśmy wiek kwazara właśnie stosując wzór na dylatację czasu. W tych dawnych czasach oczywiście inna była wartość współczynnika Hubble’a. Można ją wyznaczyć. Bazując na koncepcji alternatywnej wobec akceptowanej powszechnie, wyprowadzimy wzór na H(t) i porównamy go ze wzorem [A] bazującym na równaniu Friedmana. Czy są jednakowe? Raczej trudno tego oczekiwać. Przy wyprowadzeniu bazujemy na ustaleniu że odwrotność stałej H równa jest wiekowi Wszechświata (patrz artykuł traktujący o prawie Hubble'a). Najprościej i bez sztucznych uwarunkowań bazujących na tym, czy innym paradygmacie. Wielkość ta w odniesieniu do obiektu o znaczeniu kosmologicznym (np. kwazara) jest już nam znana z ostatniego obliczenia (wzór [I]). Otrzymujemy więc:
Zatem:
Choć otrzymaliśmy wyrażenie stosunkowo proste, nie jest ono trywialne. Sama prostota mogłaby nawet stanowić zachętę do uznania tego kierunku przemyśleń za wzbudzający zaciekawienie. Kontynuujmy więc.
   Celem naszym jest wyrażenie H jako funkcji z (przesunięcia ku czerwieni), by porównać ze wzorem [A] z poprzedniego artykułu. Dla przypomnienia, oto wzór na wielkość redshiftu z:
 Przekształcając ten wzór (*) otrzymujemy:
A to daje w ostatecznym rachunku:
Jak było do przewidzenia, otrzymaliśmy wzór różniący się wyraźnie od wzoru [A]. Inny jest też ich sens fizyczny. We wzorze [A] H jest wartością współczynnika Hubble’a w momencie wysłania fotonu przez daną galaktykę (koncepcja łącznościowa). Natomiast we wzorze [L] H jest wielkością współczynnika odpowiadającą wiekowi Wszechświata zarejestrowanemu przez nas w badanej (przez nas) galaktyce, wieku innego z powodu jej dużej prędkości względem nas, przy oczywistym założeniu, że „kiedyś byliśmy razem”. Zauważmy jednak, że obydwa wzory dają to samo dla obiektów bliskich, co symbolicznie zapisać możemy następująco: z 0 => H = H0 . Stanowić to może kryterium poprawności obliczeń. Który z tych wzorów jest słuszny (jeśli któryś z nich jest)? Na roztrzygnięcie sprawy należy zaczekać. Całe szczęście nie jest to rzecz o zasadniczym znaczeniu dla dalszych przemyśleń, chociaż...

7. To nie ciemna energia!
      Wyekwipowani należycie w bazę pojęciową i niezbędne środki opisu, możemy w kulminacji naszych dociekań zająć się tym, co ponoć przesądzone. Zacznijmy od zapowiedzianego wcześniej obliczenia odległości określonej galaktyki, tej mianowicie, w której wybuchła supernowa, odległości w momencie wybuchu. Interesują nas galaktyki odległe, na tyle, by wyraźny był efekt mniejszej jasności supernowych (w porównaniu z jasnością oczekiwaną na podstawie wielkości przesunięcia ku czerwieni ich macierzystych galaktyk). Dla przypomnienia, to osłabienie spowodowało powołanie do życia (myślę, że dość krótkiego), bytu nazwanego przez astrofizyka amerykańskiego Michaela Turnera w1999 roku ciemną energią. Bug 2000...

[Cóż, poprzednie tysiąclecie. O nim w przyszlości historia (nie ta przekłamana) powie: Ponure i ciemne tysiąclecie. Czyż nie? Ale ostatnie stulecie stanowiło kulminację: straszne wojny i bezprzykładne ludobójstwo, z ktorego nie wyciągnięto żadnego wniosku, bo nie usunięto źródeł odwiecznej nienawiści. Średniowieczna mentalność + narzędzie w postaci niebywałej technologii, w szczególności medialnej. Zaiste zlepek morderczy. Irracjonalna nienawiść o światowym zasięgu dziś w dalszym ciągu zatruwa serca miliardów ludzi, wykorzystując w dodatku najnowsze zdobycze nauki i techniki. Nienawiść podjudzana permanentnie i metodycznie. A ofiary nienawiści? O dziwo, choć stanowia garstkę, przewodzą rozwojowi nauki i kultury ogólnoludzkiej. Mógłby ktoś stwierdzić, że są błogosławieństwem ludzkości. Nie przesadzajmy. Po prostu naród cierpiący na zespół Aspergera... Kosmici? Czy za to są znienawidzeni? Gog i Magog.
   Stanowczo za wcześnie na te wszystkie cuda techniki. Stanowczo za wcześnie, gdyż ta wybujała technologia ogłupia, otumania i pozorami wolności zniewala masy. Rozpieszczone, okrutne dziecko. Obym był złym prorokiem. Czy czeka nasz gatunek kolejna katastrofa (nie horyzontalna)? Raczej nie potop. Raczej sami się na wzajem... Ponuro i ciemno.

   Wciąż mnie nachodzą refleksje. Przepraszam. A chciałem tylko skromnie zauważyć, że wiek dwudziesty w nauce zwieńczyły: postmodernizm i powszechna ciemnota (wtórne ogłupienie przez media w nadmiarze technologii), a także... ciemnoty (światlejsze): czarna dziura, ciemna energia i ciemna materia. Tę trzecią byłbym skłonny jednak przyjąć dlatego, gdyż zwiastuje dobrą nowinę. Jej wyjaśnienie (pomimo, że zwana jest ciemną) będzie znakiem czasu. Tu warto poczytać pierwszą serię artykułów mego drugiego blogu, szczególnie artykuł trzeci. Tam podjąłem arogancką próbę odpowiedzi na pytanie: Czym jest ciemna materia(?).

   Ad rem. Załóżmy, że mamy do czynienia z galaktyką odległą od nas o 7 mld lat świetlnych. Prędkość tej galaktyki (według H0 = 20 zgodnie z decyzją podjętą na samym początku naszych rozważań) wynosi: 140.000 km/s. Jej odległość od nas w chwili wybuchu supernowej obliczymy ze wzoru: 
                                                                r = v/H                                 (**)                                  
Wykorzystując wzór [J] otrzymujemy w wyniku: 6,19·10^9 lat świetlnych. [Pod warunkiem, ze prędkość v nie ulega zmianie. Jeśli się zmienia, to wyłącznie w związku ze zmianą inwariantu c, o której niewiele dziś wiemy] To odległość oczywiście mniejsza, niż dziś. Z powodu różnicy odległości jasność supernowej powinna być więc mniejsza. O ile? To łatwo wyliczyć. Jak wiadomo, obserwowana jasność punktowego źródła światła słabnie z kwadratem odległości od niego (zależność odwrotnie proporcjonalna). Zatem stosunek jasności obserwowanej dziś do oczekiwanej na podstawie redshiftu (h) wyraża się kwadratem odwrotnego stosunku odległości. Wielkość osłabienia jest różnicą: 1 - h. Otrzymujemy zatem: 
                                                            h = (6,19/7)^2 = 0,782      ,     
                                                           1 – h  = 0,218 = 21,8%                              
Dla galaktyki odległej o 8 mld lat świetlnych otrzymujemy:
                                                        h = 0,716      i      1 – h = 28,4%
Sądzę, że uzyskaliśmy bardzo dobrą zgodność wyniku naszych obliczeń z obserwacją. Oznaczałoby to, że wyjaśnienie fenomenu podane przeze mnie ma duże szanse być słusznym. Jeśli tak, to słusznym było też stosowanie powyższych wzorów, słuszna cała koncepcja, tak przecież odmienna od tej, dziś przyjętej za obowiązującą. Co najważniejsze, koncepcja zaproponowana tutaj zdaje się potwierdzać, gdyż stwierdzone osłabienie supernowych wynosi około 25%, przy czym chodzi o galaktyki odległe od nas o 4 – 8 mld. lat świetlnych. [Mierzona wielkość osłabienia w funkcji odległości jest niepewna, w związku z niepewnością dotyczącą pomiaru odległosci.] Istnieje więc zgodność tych danych z wynikiem powyższego obliczenia. Że to nie przypadek, przekonamy się za chwilę. Jeśli już tak, to „ciemna energia” niech wzbogaci historię twórczych pomyłek. Podkreślam, „jeśli już tak”.
   By postawić kropkę nad i, podejdźmy do sprawy ogólnie. Rozwiążmy zadanie na ogólnych symbolach (jak to się mawia w szkole). Stosując wzory: [J] i (**), mamy [M]: 
Sprawdźcie. Wynik bardzo elegancki, zgodny zresztą z intuicyjnymi oczekiwaniami. Zauważmy, że w odniesieniu do galaktyk bardzo bliskich, osłabienie jest bardzo, wprost niemierzalnie małe. Wykrywalne jest tylko w odniesieniu do galaktyk bardziej odległych. W kwazarach jednak osłabienie byłoby już spore. To dodatkowe utrudnienie. Trudno oczekiwać, że dostrzeżemy tam wybuch supernowej.
   Zauważmy, że wzór [M] stanowi antycypację określonych wyników obserwacji. W tym jego ważność. Potwierdzenie obserwacyjne tego wzoru stanowiłoby o słuszności całej koncepcji. Dziś można to z łatwością sprawdzić, gdyż liczba supernowych, odkrytych dzięki burzliwemu rozwojowi technik obserwacyjnych, jest pokaźna. By zachęcić do pomiarów należałoby jednak podsunąć podaną tu antycypację. Czy zniewoleni przez ciemną energię astronomowie zechcą się tym zająć? Mało prawdopodobne. Tym bardziej oczekiwać należy, że któryś z nich dokona wielkiego odkrycia i zdobędzie nobelka, zapomniawszy o lekturze tego artykułu. Oczywiście to tylko jedna z możliwych opcji.  
      Do tego samego wyniku dojść można też inną drogą. Oprzyjmy się na twierdzeniu TET. Przesłanką dla tego twierdzenia przypominam, było spostrzeżenie, że „od momentu Wielkiego Wybuchu jesteśmy w kontakcie wzrokowym ze wszystkimi elementami wybuchającego Wszechświata”. Supernowa jest jednak zjawiskiem odosobnionym, nie mającym znaczenia kosmologicznego. Stąd efekt obserwacyjny, którym zajmujemy się (osłabienie). Różnicę wieku Wszechświata (patrz twierdzenie TET powyżej), a tym czas potrzebny do zauważenia wybuchu, wyrazić można następująco: 
 Droga, jaką przebył foton w tym czasie równa jest:  
Zapytajmy: „O ile krótszą drogę przebyłby promień świetlny, gdybyśmy się nie oddalali?”. Chodzi oczywiście o różnicę między odległością (między naszymi galaktykami) dzisiejszą i odległością w momencie wybuchu supernowej. Stosując prawo Hubble’a w odniesieniu do dwóch momentów czasu (w tym wzór (**)) otrzymujemy:                                                                                 
 Od razu widać, że wielkość: (Δr/Δl)^2  mówi nam: „o ile natężenie światła jest mniejsze”. Chodzi bowiem o różnicę dróg. Zatem:
Stąd:
Otrzymaliśmy wynik identyczny [M]. Przy okazji uzyskujemy potwierdzenie spójności spostrzeżenia, które nazwaliśmy twierdzeniem TET, z ogólną koncepcją przedstawioną w tej pracy. Sprzyja to wiarygodności opisywanego tu modelu, w szczególności w odniesieniu do dynamiki ekspansji Wszechświata. Prezentowany tu pogląd zaowocuje w kolejne ustalenia (chyba także dość zaskakujące), do których dojdziemy w odpowiednim czasie, w spostrzeżenia spójne (lub niesprzeczne) z wynikami obserwacji. 
[Zauważmy, że definiując i precyzując wielkość osłabienia w funkcji odlegóści uzyskaliśmy dodatkowe narzędzie do pomiaru odległości, kryterium nawet dość precyzyjne, pod warunkiem, że odległe supernowe zasadniczo nie różnią się od tych z galaktyk najbliższych. Mimo wszystko dodatkowa antycypacja.] 
   By zakończyć sprawę, obliczmy (zgodnie z obietnicą), jaka była odległość galaktyki, której redshift z = 2, w momencie wybuchu tam supernowej. Przypominam, że czas wędrówki światła od supernowej wybuchającej w tej galaktyce wyznaczyliśmy jako równy 6 miliardów lat. Odległość tej galaktyki w chwili wybuchu supernowej wyliczamy ze wzoru (**). Otrzymujemy: 7,2·10^9ly. Osłabienie wynosić powinno w tym przypadku aż 64%. Jest już tak duże, że szanse na dosrzeżenie supernowej w tej galaktyce są niewielkie (odległość bardzo duża, a sama supernowa nie jest dużo jaśniejsza od tła. Poza tym galaktyka jest mniejsza rozmiarami, a więc i gęstsza gwiazdami.) 
8. Zamiast podsumowania
     Czy „interesujace wyniki”, do jakich doszedłem nie stanowią jeszcze jednego (z wielu) przykładu (trzeba przyznać, że) dość swoistego wyczynu?  – Mógłby  ktoś z ironią zapytać.  Może to nawet wybryk, ale należy rzecz sprawdzić. Ci, którzy twierdzą, że nie trzeba sprawdzać, stanowią zacniejszą większość. Tak było też (właściwie dokładnie) 500 lat temu. A jednak..
     Jednoznaczne roztrzygnięcie, to sprawa badań profesjonalnych (Czy ktoś się da na nie namówić?), z użyciem odpowiedniego sprzętu. Z niecierpliwością oczekiwać więc należy zakończenia budowy gigantycznych teleskopów (ok. 30m średnicy zwierciadeł), choć już dzisiejsze mogłyby z powodzeniem wypełnić tę misję. A może, wbrew ugruntowanym teoriom, coś przypadkiem i ku zdumieniu badaczy zostanie odkryte, tak, jak to było na przykład z osłabieniem supernowych?... Tak bywa dosyć często. Wskazane więc, by podsunąć astronomom z obserwatoriów odpowiednią antycypację, co z przyjemnością niniejszym czynię. Póki co, należy więc czym prędzej tę herezję obalić, gdyż ciemna energia stanowi już integralny składnik powszechnej świadomości poznawczej. Zanim jednak dokonane zostanie to obalenie, zauważmy, że gdyby okazało się, że supernowe świecą jaśniej (a nie słabiej), to oznaczałoby to, że Wszechświat nie tyle spowalnia (to by musiało wynikać już z równania Friedmanna), lecz, że zapada się. Jeśli zatem te wszystkie fantazje mają ręce i nogi, otrzymujemy, tak przy okazji, kryterium dla sprawdzenia rozwojowej tendencji Wszechświata. Jak się więc okazuje, rozszerzamy się. Kryterium to jest nawet mocniejsze, niż przesunięcie widm ku czerwieni. Przekonamy się o tym niebawem. Rozszerzamy się! Jeśli ktoś nie wierzy, niech zaczeka i sprawdzi. Grunt to cierpliwość. Zatem cywilizacja nasza nie jest zagrożona, chociaż niepokoi trochę znikanie drzew. Pocieszeniem są jaskinie. Nie psuć malunków człowieka z Cro-Magnon! Te dzieła sztuki sprzed trzydziestu tysięcy lat przetrwały nawet Potop. Ale dziczy, która dziś ogarnia Europę, z całą pewnością nie przetrwają, tak, jak nie przetrwały monumentalne dzieła sztuki buddyjskiej w Azji Środkowej. Czymże jest Wszechświat wobec ludzkiej potworności?
   Jak wiadomo, dziś o przyszłości Wszechświata decyduje ciemna energia. Sądząc po dzisiejszych przypuszczeniach, a właściwie po powszechnie obowiązującym przekonaniu, supernowe z jeszcze bardziej oddalonych galaktyk zdradzać powinny względnie mały efekt osłabienia. Wraz z odległością efekt ten powinien nawet znikać do zera, gdyż grawitacja w tych wczesnych czasach stanowiła czynnik bardziej znaczący. Sądząc po tym, supernowe, te jeszcze dalsze, powinny mieć nawet jasność większą, niż by to wynikało z odległości ich macierzystych galaktyk. Świadczyłoby to o istnieniu spowolnienia ekspansji – przed upływem, powiedzmy, że 7 miliardów lat po Wielkim Wybuchu – zgodnie z dzisiejszym głębokim przekonaniem uczonych (tę rzecz ostatnio cofnieto do 5 miliardów lat, bo coś nie pasuje w obserwacjach). Zatem już w odniesieniu do galaktyk odległych o 8 mld. lat świetlnych osłabienie nie powinno istnieć. Zaraz, zaraz! Galaktyki, te odległe o 8 mld. lat świetlnych (jak na razie), jeśli mnie pamięć nie myli, wykazują nawet znaczne osłabienie...
     Warto dodać, że powinniśmy oczekiwać także istnienia relatywnie dużego efektu osłabienia w odniesieniu do supernowych należących do galaktyk najbliższych, gdyż efekt przyśpieszenia z czasem nasila się. Dziś przyśpieszenie ekspansji ma być większe, niż „wczoraj”, w związku z coraz słabszą grawitacją. A może się mylę? Przecież nic takiego nie zauważono... Oczekiwać coś takiego, to właściwie absurd. Supernowe należące do najbliższych galaktyk nie mogą być dużo słabsze,  niż są, niż by to miało wynikać z ich odległości od nas. Te supernowe zresztą służą nam za wzorce jasności. A ciemna energia? Dopowiedzcie sobie sami. 
     Na początku tego artykułu, w odniesieniu do odległych galaktyk, zwróciłem uwagę na to, że „oni widzą dokładnie to, co my widzimy; dla nich my jesteśmy opóźnioną w rozwoju galaktyką, opóźnioną w tym samym stopniu, co oni dla nas”. Istnieje pełna symetria. Konsystentne to jest z zasadą kosmologiczną, której spełnienie stanowi podstawową bazę dla rozważań prowadzonych w tej pracy. Jeśli, zgodnie z dzisiejszymi poglądami, oni poruszają się (faktycznie) wolniej, niż my (w związku z ciemną energią), a my wolniej, niż oni (w ich oczach), to jak to jest? Ciemna energia jest subiektywnym, lokalnym wrażeniem, złudzeniem? Raczej nie. Po prostu nie istnieje. A jeśli istnieje? To jako fikcja. Nie. Jako kwintesencja... fikcji.
   Sądząc po interpretacji zaproponowanej przeze mnie (Wzory? Nie taki diabeł...), efekt osłabienia powinien wzrastać wraz z odległością cały czas i zgodnie z tendencją, jaką przewiduje wzór [M]. Oto antycypacja, którą w niedługim czasie będzie można sprawdzić. Na razie nieliczni. Efekt "Lokomotywy".

     Ciemna energia. Opisałem już niejeden raz przesłanki na podstawie których uczeni doszli do wniosku o przyśpieszeniu ekspansji. To wprost naturalna, nawet spontaniczna reakcja na niespodziankę. [Wciąż mamy niespodzianki. To znak, że obowiązujący model ich nie przewidywał, a więc nie jest adekwatny z rzeczywistością. Zamiast niespodzianek powinny być przewidywania, a w ślad za tym odkrycia je potwierdzajace. Szanowni astronomowie, właśnie otrzymujecie na tacy komplet przewidywań.] Spontaniczna... Nie dziw, że wątpliwości w stosunku do takiego postawienia sprawy są, a ich wymowa jest nie do pominięcia. Ciemna energia stanowi czynnik odpychania. Pomijam tu niezborność tego z zasadą kosmologiczną, zgodnie z którą, tak dla przypomnienia, wypadkowa siła działająca na każdy obiekt fizyczny (w skali kosmologicznej) równa jest zeru. Dajmy na to, tym bardziej, że moja interpretacja tej zasady może być nie w pełni słuszna. Otóż można sądzić, że jeśli istnieje ciemna energia, energia odpychajaca (czyli dodatnia), to równoważna jej masa powinna być ujemna, tak, jak dodatnią jest masa związana z ujemną energią potencjalną przyciągania (patrz artykuł traktujący o grawitacji dualnej – w drugim blogu. A to by sugerowało, że parametr gęstości związany z nią, także powinien być ujemny. W tej sytuacji łączny parametr gęstości powinien być wiec równy -0,4 (a nie 1). Dla przypomnienia, sądząc na podstawie wniosków, a właściwie swoistej interpretacji wyników obserwacji, masa substancjalna (wraz z masą ciemnej materii) stanowi tylko ok. 30% wkładu do łącznej wartości parametru gęstości, równego jedności (gęstość krytyczna). Przyjmując masę związaną z ciemną energią za ujemną, otrzymujemy: 0,3 – 0,7 = -0,4. Dziwne, że masę związaną z energią odpychania uznano za dodatnią. Z jakiego powodu? Czy chodzi o grube nici? Nawet jeśli są cienkie, to to tylko fastryga. Jakoś trzeba się dopasować. [A potem usankcjonować tę fastrygę Noblem.]
   „Czym właściwie jest ciemna energia?” Pytanie to padło natychmiast po wymyśleniu tej nazwy. Od razu zwrócono więc uwagę na kwantowe fluktuacje próżni, związane z kreacją i anihilacją cząstek wirtualnych, będące źródłem energii próżni. Czy z niej bierze się ciemna energia, przyśpieszająca ekspansję Wszechświata? I tu pojawia się problem. Wprost zastanawiające jest to, że wielkość energii próżni nie odpowiada zupełnie oczekiwaniom związanym z ciemną energią, bazującym na wnioskach wyciągniętych z obserwacji supernowych. Okazuje się bowiem, że energia zawarta w jednym centymetrze sześciennym próżni jest 10^120 razy większa od oczekiwanej. Tej rażącej rozbieżności nie da się już stonować. Może należy poszukać jakiegoś czynnika odwracającego, czegoś prawie całkowicie neutralizującego energię próżni? A może poddać w wątpliwość jej istnienie? Istnienie czego? Energii próżni, ciemnej energii? Obydwu? Co wymyślić na jej (ich) miejsce? Chyba można otworzyć sklep z brzytwami. Zyskami chętnie podzielę się z panem Ockhamem.

*) Pewien astronom z Torunia (było to gdzieś osiem lat temu), czytając te słowa, gdy jeszcze to coś nie było książką, stwierdził, że koledzy jego, astrofizycy, ukamienowaliby mnie. Tak nazywać te dostojne przedmioty ich fascynacji? To bezsprzecznie bluźnierstwo!  Nie musiał mi tego mówić. Zapewniam, że nie zajmuję się zawracaniem Wisły za pomocą kija, a moje "herezje" mają dość gruntowne podstawy. Tak mi się przynajmniej dziś wydaje. A tu bomba. W styczniu 2014 dowiedziałem się, że Hawking kwestionuje (z powodów innych, niż moje) istnienie czarnych dziur o cechach powszechnie dziś zakceptowanych. A le ja, to przecież nie Hawking.
**) Patrz artykuł poświęcony odpychaniu grawitacyjnemu (pierwszy w drugim blogu).

*     *
*
Właśnie natknąłem się, tuż przed opublikowaniem tego artykułu, na publikację, której ostateczna konkluzja jest jakby zbieżna z wynikami moich dociekań, opublikowanych, tak dla przypomnienia, już w końcu roku 2010 (w mych książkach) – na nich bazują publikowane tu artykuły.  


Uwaga! Materiał ten opublikowany został (i jest powszechnie dostępny) w książce pt.
Pofantazjujmy o Wszechświecie I. Oscylujący? To nie takie proste (Wyd. Druktor – Toruń 2011)
Nakład wyczerpany. Pozostała jedynie możliwość nabycia w formie e-booku.

Kontakt: madajg@gazeta.pl    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz