wtorek, 11 lutego 2014

Katastrofa horyzontalna A.

Józef Gelbard
Katastrofa horyzontalna A.

Dla przypomnienia, treść wszystkich artykułów bazuje na zawartości opublikowanych już  książek:
1. Elementarne wprowadzenie do Szczególnej teorii względnosci, nieco...inaczej. (ISBN 978-83-62740-20-8 
2. Pofantazjujmy o Wszechświecie I. Oscylujący? To nie takie proste. (ISBN 978-83-62740-06-2)
3. Pofantazjujmy o Wszechświecie II. W głąb materii. Grawitacja w "podwymiarach". (SBN 978-83-62740-13-0)
Nakład (papierowy) jest już wyczerpany. Istnieje możliwość nabycia w formie e-booku.
Zapraszam też do lektury mych artykułów z drugiego blogu. Pierwszy z nich zajmuje się grawitacją dualną.

 Kontakt: madajg@gazeta.pl


Wstęp

     Na przełomie wieków XIX i XX doszło do przełomu w fizyce. Teoria promieniowania ciała doskonale czarnego na bazie fizyki klasycznej okazała się sprzeczna z wynikami badań eksperymentalnych. Teoria Rayleigha-Jeansa, w miarę poprawna w odniesieniu do fal długich, rozminęła się całkowicie z prawdą doświadczalną w odniesieniu do fal krótkich, tym bardziej, im krótsze fale rozważała. Nazwano to „katastrofą ultrafioletową”. Prawidłowy, zgodny z doświadczeniem, opis promieniowania ciała doskonale czarnego uzyskano po uwzględnieniu uwarunkowań kwantowych (kwantyzacja, czyli porcjowanie np. energii promieniowania) – wzór Plancka.  Okazuje się, że podobny przełom czeka także kosmologię współczesną (w każdym razie sądząc po proponowanym tu modelu). Katastrofa horyzontalna. Wszystko się bowiem zaczyna od problemu horyzontu. W dwóch kolejnych artykułach uzasadnię to wiele mówiące określenie (dzisiejszego stanu).
     Jak już ustaliliśmy, nasze położenie we Wszechświecie nie jest wyjątkowe. Mimo to stwierdzamy, że niewątpliwie znajdujemy się w jego środku. Jednak nie tylko my, lecz wszyscy stwierdzają to samo, niezależnie od tego gdzie się znajdują – w całej rozleglości, w całym ogromie Wszechświata. I tu pojawia się problem. Nasze centralne położenie oznacza istnienie średnicy, czyli odległości między skrajnymi punktami „na lewo i na prawo” od nas. Odległość między tymi punktami powinna być więc równa 2R. Wynika stąd, że prędkość względna dwóch obiektów znajdujących się na tych „antypodach” równa jest 2c. To jednak nie jest możliwe, zgodnie z ograniczeniem prędkości do c, z całą pewnością w odniesieniu do obiektów oddziaływujących elektromagnetycznie, choćby materii galaktyk. Istnienie „średnicy” 2R jest więc kłopotliwe i oznaczać by mogło, że część Wszechświata nie jest widoczna. Nie byłoby to jednak zgodne z przyjętą już tezą, że „widzimy Wszystko, a odległość R jest promieniem grawitacyjnym (też hubblowskiego) horyzontu, ogarniającego całą zawartość Wszechświata.” Przy tym położenie obserwatora, gdziekolwiek by się znajdował, nie jest wyjątkowe (zgodnie z zasadą kosmologiczną). Wychodząc z pewnika (bazującego na zasadzie kosmologicznej), że każdy obserwator widzi siebie jako centrum Wszechświata, przyjęliśmy, że horyzont znajduje się dokładnie w odległości R od niego (zgodnie z definicją), przy czym odległość ta ciągle wzrasta. Sam horyzont jest także miejscem geometrycznym położeń wszystkich obserwatorów, wszak najbardziej oddalony od nas obserwator (w odległości R) „widzi” nas na horyzoncie. R jest też odległością każdego obserwatora od miejsca-momentu Wielkiego Wybuchu, będącego początkiem wszystkiego, co dane jest naszym zmysłom. Wszyscy kiedyś bowiem byliśmy razem. Tak przedstawia się, w kilku słowach, topologia Wszechswiata (łaściwie takie są przesłanki dla jej formalnego określenia). O odległości 2R nie ma więc mowy.

[A jeśli jednak ta odległość 2R istnieje, to co tam jest? Jeśli dobrze popatrzymy, po prostu zobaczymy siebie, a właściwie zwierciadlane odbicie nas samych. Dobrze, że daleko, gdyż odbicie to zbudowane jest z antymaterii... Upsss, wypsnęło mi się. Trochę dla żartu. Wierutne fantazie. Przed Wami, czytelnicy, fantazje niemniejsze, które o dziwo (i o zgrozo) mogą mieć znamiona rzeczywistości.]

   Dziś sądzi się, że horyzont nie zamyka pełnej zawartości materialnej Wszechświata, że choćby za sprawą inflacji istnieją byty, których dostrzeżenie nie jest (dziś, może wcale) możliwe. Tu (pod moim dachem) jednak, dla przypomnienia, preferowany jest pogląd, że Wszechświat w całości jest dostrzegalny, że mówienie o bytach poza horyzontem nie ma sensu, że sam horyzont zamyka nawet całą przestrzeń. Czy zatem obserwatorzy z antypodów widzą się wzajemnie? Sądzę, że tak, z tym, że odległość między nimi jest nawet mniejsza, niż R w związku z ich mimo wszystko podświetlną prędkością względną (dwukrotnie większa odległość zastrzeżona jest dla nas i naszych antynas).
   Właściwie, czy Wszechświat byłby opisywalny (jako całość), jeśli tylko jego część, nie wiadomo jaka, dana jest obserwacji? Wynikałoby stąd, że wydedukowane na podstawie obserwacji jego cechy są cechami lokalnymi... To daje szerokie pole dla fantazji (wieloświat), jakbyśmy już wszystko wiedzieli o naszym poczciwcu, jakby nadszedł czas na dalszą penetrację. Wprost przeciwnie. To fantazjowanie świadczy o istotnych brakach wiedzy. Prawdziwa wiedza sprowadza się do prostoty. Prawda jest jedna, a niepewności tworza zbiór nieskończony. Łatwiej więc szukać prawdy w ich gąszczu. A ja popełniam poważną niestosowność sprowadzając wszystko na ziemię twierdzeniem, że Wszechświat obserwowalny jest Wszystkością.
     Zasygnalizowany tu został (w dość niekonwencjonalny sposób), tak zwany problem horyzontu, jeden z dwóch podstawowych problemów kosmologii  (ten drugi, to problem płaskości, który dla nas przestał już być problemem). Nawet go wstępnie „ideologicznie” roztrzygnąłem bazując na specyficznej wizji topologii Wszechświata.  Jednak  wbrew pozorom to jeszcze nie koniec debaty na ten temat. To tylko wstęp, gdyż same „problemy” wynikaja wprost z dzisiejszego opisu spraw bazującego na OTW i na paradygmacie łącznościowym, a także na zdemonizowanej mechanice kwantowej.   
     Spróbuję w uproszczeniu opisać problem ten nieco inaczej, by zaproponować jego rozwiązanie zgoła odmienne niż rozwiązania proponowane w literaturze przedmiotu. Dalej przedstawię też poglądowy przykład obliczeniowy, stanowiący ilustrację jednego z aspektów sprawy. 
   Obserwator, znajdujący się w dowolnym miejscu (zasada kosmologiczna) widzi siebie jako centrum Wszechświata. Patrząc w lewo i w prawo spogląda oczywiście ku jego granicom, ku horyzontowi. Jak daleko sięga jego wzrok, widzi po ubu stronach to samo: tę samą materię, te same cechy jej rozkładu. Dostrzega obiekty (będąc w środku), których wzajemna odległość sprawia wrażenie większej (prawie dwukrotnie), niż odległość od horyzontu (promień Wszechświata). [Tradycyjnie przyjmuje się, że tak właśnie jest] „Swiatło nie mogło więc w czasie równym wiekowi Wszechświata przebyć drogi dzielącej je. Jeszcze nie doszło do kontaktu między nimi”. A jednak, jak już wspomniałem, ich cechy fizykalne nie różnią się niczym istotnym. Dowodem obserwacyjnym tego jest izotropowość i jednorodność promieniowania tła, biegnącego od tych nie kontaktujących się ponoć ze sobą obszarów, stwierdzona dzięki intensywnym badaniom prowadzonym w ostatnich latach. Godne podkreślenia jest to, że chodzi o promieniowanie, będące reliktem czasów, w których dopiero kształtowało się dzisiejsze oblicze Wszechświata. Jego wiek jest przecież skończony. 
   Zatem, czy ci z antypodów nie mogą widzieć się wzajemnie? By roztrzygnąć sprawę przypomnijmy sobie, że horyzont jest wspólny dla wszystkich, bo jest to moment Wybuchu, w którym wszyscy uczestniczyliśmy, a zasada kosmologiczna obowiązuje wszystkich w jednakowym stopniu. Zasada ta żąda, by odległość wszystkich od horyzontu była jednakowa, gdyż wszyscy są sobie równoważni, a horyzont jest wspólnym dla wszystkich miejscem (momentem) startu. Poza tym, ci tam z antypodów wcale nie uważają, że horyzont znajduje się tuż tuż. Horyzont dla nich jest tak samo odległy, jak dla nas. Poza tym, tak dla przypomnienia, wszyscy się nawzajem widzimy od samego opoczątku Wielkiego Wybuchu. Zatem czekanie na fotony, które mają dotrzeć, byśmy mogli zobaczyć po raz pierwszy w historii jakiś tam obiekt, jest nieporozumieniem, powiedziałbym nawet: „infantylnością”, gdyby nie to, że dziecko tak by nie pomyślało. Chyba, że Wszechświat jest nieskończony i statyczny. W tym wariancie jednak już czekać nie trzeba (w związku z czasową nieskończonością i niezmiennością). Widocznie mentalnie jesteśmy jeszcze tam. Wszystko wskazuje jednak na to, że Wszechświat ewoluuje, aktualnie ekspanduje, a kiedyś w przeszłości był czymś bardzo małym. A jednak mimo wszystko paradygmat łącznościowy stał się automatyczną bazą dla wartościowań, bazą dla wnioskowania i pojmowania kosmologii i... doprowadził do Katastrofy Horyzontalnej. Przy tym, zanim ta katastrofa nastąpiła, stanowił poważną motywację dla wymyślenia inflacji. Jeszcze wrócimy do tego wątku.


1. Ilustracja (rachunkowa i naiwna) podejścia łącznościowego.
   Oto ilustracja problemu na konkretnym przykładzie, w którym łącznościowe traktowanie sprawy poddane ma być konfrontacji ze zgoła inną koncepcją. Czy wyjdzie z tego obronną ręką? Jeśli tak, to chwała!        
  Wielokrotnie wspominałem o kwazarach. Są to obiekty, z percepowanych, najbardziej oddalone od nas. Przesunięcie ku czerwieni ich widm jest bowiem szczególnie duże, na ogół przekracza liczbę 3. W latach osiemdziesiątych ub. wieku znane już były kwazary wykazujące przesunięcie widm dochodzące do 4. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, odkrywano już obiekty, dla których przesunięcie ku czerwieni dochodziło do sześciu, a stosunkowo niedawno*, dzięki zastosowaniu wymyślnych metod badań (m.in. bazujących na wykorzystaniu grawitacyjnego soczewkowania światła kwazarów przez masywne ciała (galaktyki) znajdujące się znacznie bliżej nas), zarejestrowano obiekty, których z przekracza nawet 10. Wspomnę jeszcze o tym dalej.
   By przedstawić rzecz w sposób zrozumiały i dydaktycznie poprawny, proponuję przeprowadzenie najpierw, prostego, wprost naiwnego testu obliczeniowego, bez głębszego wnikania w sprawy zasadnicze. Potem rzecz uściślimy. Za przykład do naszych obliczeń weźmy jednak kwazar bliższy, bardziej reprezentatywny: OQ 172, dla którego z = 3,53. Stosunkowo łatwo obliczyć jego prędkość. W tym celu stosujemy wzór:
Prędkość ta wynosi 272000 km/s (w przybliżeniu). W oparciu o prawo Hubble’a (według 
H = 20) obliczyć można też jego odległość: 13,6 miliardów lat świetlnych (horyzont znajduje sie w odległości 15 mld. lat świetlnych). To odległość aktualna, gdyż posługiwaliśmy się aktualną na dziś wartością współczynnika H. Wydawałoby się, że to nawet oczywiste. A jednak, zgodnie mniemaniem wielu zainteresowanych astronomią oznaczałoby to, że światło od obiektów tych, by dotrzeć do nas, potrzebuje liczbę lat równą ich aktualnej odległości (w latach świetlnych). Zatem to, co widzimy, na przykład w odniesieniu do rzeczonego kwazara, zdarzyło się przed trzynastu z „hakiem” miliardami lat, czyli taka była odległość od nas, gdy zostały wysłane fotony... Należy zaznaczyć, że to spore uproszczenie, gdyż w momencie wysłania światła, nasz kwazar znajdował się bliżej nas. W jakiej odległości? Czy tylko o to chodzi? A jak wyznaczono odległość aktualną za pomocą prawa Hubble'a (tuż powyżej)? Pozostańmy jednak przy tym, bo to przykład "wulgarnego" stosowania koncepcji łącznościowej. Pójdźmy w tym właśnie kierunku po to, by uwydatnić podejście alternatywne. W tym celu przeprowadźmy odpowiednie obliczenia, których wynik, daleki będąc od oczekiwań, posiada niewątpliwy walor poglądowości. Potem rzecz oczywiście uściślimy.
   W ciągu tego czasu, od wysłania sygnału, do momentu realizacji łączności, dotarcia do nas światła, nasz kwazar podążał dalej kontynuując swą wędrówkę, ze swoją (powiedzmy, że) stałą prędkością, przebywając dodatkową drogę 12,33 miliardów lat świetlnych (łatwo to obliczyć).
   Zatem aktualnie znajduje się w odległości od nas: 13,6 + 12,33 = 25,93 miliarda lat świetlnych. Znajduje się znacznie dalej niż horyzont określający dzisiejsze rozmiary Wszechświata (według naszej rachuby, około 15 miliardów lat świetlnych). [Nawet jeśli uwzględnimy to, że w chwili wysłania fotonów, nasz obiekt znajdował się bliżej nas, otrzymamy wynik nie bardzo pasujący do aktualnych rozmiarów Wszechświata.] A jednak widzimy ten kwazar. Interesujące. Wynik ten nie odpowiada też wyznaczonemu przez nas wiekowi Wszechświata. Przed około piętnastu miliardami lat wszyscy byliśmy razem, tworzyliśmy coś bardzo małego i zwartego tuż przed początkiem ekspansji, w której wspólnie uczestniczymy do dziś. Odkryliśmy to poprzez obserwację (prawo Hubble’a). Ile więc czasu minęło do dziś od momentu naszego rozstania z materią tego kwazara (wówczas oczywiście wyglądaliśmy inaczej)? Innymi słowy: Jaki jest wiek Wszechświata? Nie uwzględniając krótkiej fazy przyśpieszenia na starcie, a biorąc pod uwagę założoną z góry stałą prędkość względną, równą 272000 km/s, oraz aktualną odległość przez nas obliczoną: 25,93 miliardy lat świetlnych, w wyniku prostego obliczenia poniżej, otrzymamy odpowiedź:   
Dla przypomnienia: 1 ly = 9,46·10^12 km. To dużo. 
   Dziś szacuje się wiek Wszechświata  na 13,7 miliardów lat, po uwzględnieniu uwarunkowań wynikających z równania Friedmanna (o tym dalej) i po uwzględnieniu tak zwanej ciemnej energii. (Różnica 15 – 13,7 nie jest tu istotna.) Co o tym wszystkim sądzić? Czyż nie zastanawia to, że kwazar ten jednak widzimy? Czy jedyną przyczyną niedopasowania jest wyłącznie to, że w momencie wysłania światła, nasz kwazar był znacznie bliżej? Nie, przyczyną jest naiwne stosowanie paradygmatu łącznościowego („widzimy dlatego, gdyż właśnie fotony stamtąd przybyły”).
   Dla przypomnienia, badając widmo określonej odległej galaktyki, wyznaczamy jej prędkość radialną. Na podstawie tego wyniku, określamy jej odległość od nas, oczywiście w oparciu o prawo Hubble’a. Jest to odległość aktualna w tej chwili, gdyż użyliśmy do jej obliczenia dzisiejszą wartość współczynnika Hubble’a. „Czas potrzebny na przybycie fotonów”, to, w kontekście rozważań prowadzonych tutaj, rzecz wprost pozbawiona sensu.

Czy rzeczywiście dzisiejsza? W celu jej wyznaczenia powinniśmy właściwie bazować na pomiarach dokonanych na obiektach stosunkowo bliskich, o stosunkowo niewielkim względnym przesunięciu widm. Wówczas jednak wpływ (zakłócający) na wynik mają ruchy własne galaktyk, nie mające nic wspólnego z kosmologią. Wynik pomiaru jest więc niepewny. Pomiar należy wykonać więc dla sporej liczby obiektów. Odległości ich przy tym nie są jednakowe, a współczynnik H wyznaczony na podstawie obserwacji obiektów bardziej oddalonych odpowiada dawniejszym czasom – wówczas wartość jego była większa. Oto jeszcze jedna przyczyna braku precyzji w obliczeniach z użyciem współczynnika Hubble'a. Współczynnik Hubble’a nie jest jednak parametrem aż tak istotnym wobec wyników, które otrzymaliśmy w powyższym przykładowym obliczeniu, tak przecież zaskakujących, tak mocno odbiegających od rozsądnych oczekiwań. Poniżej i tym się zajmiemy. 

   Spójrzmy na to inaczej (w dalszym ciągu podchodzimy do sprawy łącznościowo). Jeśli podstawimy otrzymany przez nas wynik (wyliczoną przez nas aktualną odległość naszego kwazara, to znaczy 25,93 mld lat świetlnych) do prawa Hubble’a, otrzymamy prędkość większą niż lokalnie mierzona prędkość światła. Czy to nie przeczy szczególnej teorii względności? Okazuje się, że nie... „Wiąże się to bezpośrednio z istnieniem pola grawitacyjnego, zakrzywiającego czasoprzestrzeń. Otóż w niej każdemu nieosobliwemu punktowi przyporządkować można styczną (do zakrzywionej grawitacją) płaską czasoprzestrzeń Minkowskiego, w której obowiązują w pełni prawa szczególnej teorii względności, w tym oczywiście niezmienniczość prędkości światła. Gdy chodzi jednak o dwa oddalone (wystarczająco) od siebie punkty, czasoprzestrzenie Minkowskiego związane z nimi nie pokrywają się. Przestrzeń łącząca bardzo odległe obiekty jest już zakrzywiona. Ich prędkość względna może więc być większa od c. Dla przypomnienia, prawa szczególnej teorii względności obowiązują w odniesieniu do układów inercjalnych. Obecność pola grawitacyjnego jednak narusza tę inercjalność. Zatem wszystko w porządku, a stosowanie wzorów relatywistycznych gdy mowa o obiektach bardzo dalekich nie ma żadnego uzasadnienia”. Tak, często uzasadnia się rzecz. Czy jednak w odniesieniu do Wszechświata jako całości przesłanka ta jest słuszna? Przecież wspomniany kwazar widzimy, zatem światło od niego już do nas dotarło (oczywiście nie z prędkością większą niż c). Czy słuszna pomimo, że prawo Hubble’a jednak obowiązuje, a prędkość naszego kwazara wyznaczona przez nas w oparciu o analizę widmową jest jak najbardziej wiarygodna (nie tylko dla mnie)? A przecież wyznacza się ją ze wzoru relatywistycznego, wynikającego bezpośrednio ze szczególnej teorii względności, w tym przypadku zastosowanej bez wahania i bez zastanowienia, nawet w odniesieniu do najbardziej odległych obiektów. Chodzi o wzór (*) przytoczony powyżej. Czyż więc teorii tej (STW) nie można stosować wobec obiektów bardzo dalekich, pomimo, że przecież łączy je wspólna historia, że kiedyś w przeszłości wszystkie były razem i uczestniczyły wspólnie w Wielkim Wybuchu jako elementy tego samego układu? Przypomnijmy sobie, że zgodnie z ustaleniem tej pracy w wielkiej skali Wszechświat jest w swej naturze płaski. Płaski jest też zgodnie z obserwacją. W każdym razie możliwe do wykrycia odchylenia od płaskości mają charakter lokalny, natomiast w odniesieniu do obiektów o charakterze kosmologicznym są one absolutnie niezauważalne. Odwrotnie, niż się dziś przypuszcza (patrz cytat powyżej, zapisany kursywą), wbrew skonstatowanej przecież płaskości, która z tego właśnie powodu stanowi „problem”. Czy zatem stosowanie ogólnej teorii względności przy opisie Wszechświata jako całości jest w pełni uzasadnione? Ze szczególną raczej nie ma problemu.
   Płaskość Wszechświata, jak już wiemy, uzasadnia zresztą już zasada kosmologiczna, z której wynika, że wypadkowa siła kosmologiczna, działająca na każdy obiekt, równa jest zeru (nawet jeśli ktoś uroczyście stwierdzi, że stosowanie tu sił nie ma najmniejszego sensu, gdyż chodzi o rozszerzającą się przestrzeń). Zatem dopuszczalne jest stosowanie wzorów szczególnej teorii względności wobec bardzo odległych obiektów. Zanim pójdziemy tą drogą, warto uściślić to, co stanowi bazę dla dzisiejszego pojmowania spraw. 

2. Próba uścislenia na bazie równania Friedmanna.
    Nadszedł czas uściślenia. W poprzednim artykule, poswięconym grawitacji Wszechswiata, przedstawiłem podstawowe równanie kosmologii, równanie Friedmanna, będące równaniem ogólnej teorii względności, majacym modelować Wszechświat. [To model bez stałej kosmologicznej, bardziej reprezentatywny w kontekście rozważań prowadzonych tutaj. Poza tym uważam, że Einstein miał rację odrzucając tę stałą. Chodzi o to, że Wszechświat nie jest statyczny i nieskończony.] Na nim będziemy bazować w tej próbie uściślenia. Ogólna teoria względności jest dziś jedynym środkiem modelowania Wszechświata. Czy jedynym możliwym? Pytanie zdawałoby się retoryczne. Oczywiście, także tu obowiązuje podejście łącznościowe. Uwzględniamy też, tym razem w sposób bardziej formalny to, że wartość współczynnika Hubble’a dawniej była inna niż dziś. Wyraża to wzór poniższy (słuszny dla rozwoju według modelu krytycznego) [A]:

Tutaj: H – wartość współczynnika w momencie wysłania fotonów, które właśnie dziś docierają do nas, H0 – wartość aktualna, z – wielkość przesunięcia ku czerwieni widma danego obiektu – wzór (*).
   Z równania Friedmanna, wynika, że dla przypadku rozwoju krytycznego:
Tutaj: t0  – dzisiejszy wiek Wszechświata (pod warunkiem, że rozwija się według modelu krytycznego, na co wskazuje obserwacja); t – wiek Wszechświata w chwili wysłania fotonów. Zauważmy przy okazji, że wiek Wszechświata jest mniejszy, niż by to wynikało bezpośrednio z prawa Hubble’a (jeśli słuszną jest metoda bazująca na równaniu Friedmanna). W naszym przypadku, zamiast 15 mld. lat mielibyśmy tylko 10 mld. lat. (Te 13,7 zawdzięczamy ciemnej energii – niech będzie zdrowa.) Powszechnie akceptuje się pogląd, że przyczyną jest powszechna grawitacja hamująca ekspansję. Czy słusznie (już sądząc na bazie zasady kosmologicznej)?
    Z powyżej przedstawionych wzorów od razu otrzymujemy zależność między tymi czasami:
Załóżmy, dla przykładu, że mamy do czynienia z kwazarem, którego z = 3. Ile lat miał Wszechświat w momencie wysłania fotonów przez kwazar, który właśnie widzimy? Przyjmując wartość H0 = 20  otrzymujemy: t = 1,25·10^9 lat. Zastanawia, że stało się to mniej, niż półtora miliarda lat po Wielkim Wybuchu. Wtedy jednak materia była jeszcze zbyt ciepła, by kondensować się, by utworzyć obiekt, który my widzimy jako ukształtowany już kwazar, funkcjonukący z całą pewnością już kilka miliardów lat. To, co widzimy, to przecież stan, w jakim znajdował się nasz kwazar w chwili wysłania fotonów...
   Ale to nie koniec. Zajmijmy się odległościami. Bazować będziemy na znanym wzorze Mattiga, podanym tu dla przypadku rozwoju krytycznego:
 Tutaj: d0  - dzisiejsza odległość obiektu od nas. Zauważmy, że dla z = 3,
Czyli wartość bezpośrednio wynikająca z prawa Hubble'a. Ta wartość z stanowi więc rodzaj przełomu. Poniżej rzecz rozwiniemy. Ze wzoru [D] wyliczyć możemy też dzisiejsze rozmiary Wszechświata. Wystarczy przyjąć, że z →  (w odniesieniu do horyzontu). Otrzymujemy więc:
Jak widać, odległość ta jest dwukrotnie większa, niż promień Schwartzschida Wszechświata, równy promieniowi wynikającemu bezpośrednio z prawa Hubble’a. [Dla nas to odległość do naszych antynas.] Uwzględniając wzory [B] otrzymujemy:
oraz:
Tutaj R – rozmiary Wszechświata w momencie wysłania fotonów przez nasz obiekt. Kontynuujmy. Obliczmy odległość tego obiektu od nas w momencie, gdy wysłał fotony, dziś docierające do nas. W tym celu skorzystajmy ze wzoru:
Zauważmy rzecz interesującą. Otóż, poczynając od z > 3, d > R. Już wcześniej, powyżej zwróciliśmy na to uwage. Obiekty te w chwili emisji światła, które do nas dotarło, znajdowały się poza horyzontem, nie mogły być widoczne. Wreszcie się pojawiły (i są widoczne dziś). W którym miejscu się pojawiły? Na horyzoncie, jako najdalsze możliwe do zaobserwowania. A przecież ich prędkość jest znacznie mniejsza od prędkości światła (z > 3). Co to za horyzont? Oczywiście łącznościowy. Nie grawitacyjny i nie hubblowski. Cóż, na nim tutaj wszystko bazuje.

Istnienie granicy z = 3 na której dokonuje się przełom choćby cech obserwowalności, we mnie wywołuje rodzaj zwątpienia. Istnienie czegoś takiego w odniesieniu do konkretnego układu fizycznego, to normalka, szczególnie gdy na próbkę poddaną badaniu oddziaływują różne czynniki. Może to być na przykład inwersja spinów w materiale metamagnetycznym pod wpływem określonego zewnętrznego pola magnetycznego i określonej temperatury, zmieniająca diametralnie właściwości magnetyczne materiału. W odniesieniu do Wszechświata rzecz taka wydaje się wątpliwą. Sztuczność tej granicy wydaje się wskazywać na sztuczność samej teorii, na jej nieadekwatność w odniesieniu do Wszechświata jako absolutnej całości i Wszystkości. Zaściankowość bazująca na „obserwable”, lokalność narzucająca się całości. Po prostu coś mi tu nie pasuje. Może to „tylko” filozoficzna intuicja?

   Właściwie jedyny (przynajmniej na razie) poważny problem pojawił się, gdy wyznaczyliśmy wiek Wszechświata w momencie wysłania fotonów przez obserwowany obiekt. Nie można jednak problemu tego lekceważyć. Dla przypomnienia, stało się to zanim mógł powstać, choć za pośrednictwem tychże fotonów jawi się nam ukształtowanym kwazarem.
     Czy wobec tego zastosowanie Ogólnej Teorii Względności w tym Szczególnym przypadku Wszechświata jest uzasadnione? Czy można traktować Wszechświat, tę wszystkość, jako „chmurę” pyłu podlegającą jakimś tam ciśnieniom? Oto jest pytanie. A może należałoby jakoś zmodyfikować równanie Friedmanna? Uwzględnić to, co dały ostatnie lata intensywnego rozwoju (choćby metod i technik obserwacyjnych)? Gdyby tylko o modyfikację chodziło... „Na co się on porywa?! Przecież jedynym środkiem opisu, jedyną drogą do zrozumienia Wszechświata jest ogólna teoria względności.” – stwierdza któryś z czytelników ze sporą dozą zniecierpliwienia i przygany. A mi nagle przypomniała się pewna baśń Andersena.  Proszę mi wybaczyć tę niestosowność.
   Na razie pójdźmy inną drogą. Być może jej konsystentność pozwoli przy okazji także na porzucenie aktualnie obowiązującego, łącznościowego podejścia do kwestii, będącego źródłem problemu horyzontu (między innymi). Ośmielam się nawet stwierdzić, że to (dzisiejsze) podejście jest błędne. (Mojej reputacji nic już nie uratuje.) Na nim bowiem bazując dochodzi się do wyników nie potwierdzających wizję intuicyjcyjną (czy tylko moją?). Zatem nie w wymyśleniach mających dostosować Przyrodę do wymogów równań matematycznych, nie w spekulacjach obcych duchowi Przyrody, należy szukać prawdy o świecie. Nie pomoże nawet oparcie się na teorii, której słuszność potwierdziły liczne badania. Bo to przecież model obsługujący świadomość badawczą, dobry tylko dla określolonego zbioru percepowalnych bytów. Śmiem sądzić, że OTW w dzisiejszej postaci zrobiła już swoje. Wszechświat jest trochę za duży.  
Katastrofa Horyzontalna

3. Co by z tego wszystkiego mogło wynikać?
     Moim skromnym zdaniem rozwiązanie jest dużo prostsze. Niewątpliwie bazuje ono na tym, że bardzo wielka prędkość obiektów o charakterze kosmologicznym (wystarczająco odległych) wymaga uwzględnienia efektów relatywistycznych, co jest tu możliwe w związku z tym, że cały Wszechświat jest płaski („krytyczny”). Ale to nie wszystko.
  A teraz zwróćmy uwagę. „Wielki Wybuch” rzeczywiście miał miejsce, więc kiedyś wszyscy byliśmy razem! Czyżby o tym zapomniano? Od tego momentu, cały czas widzimy się wzajemnie, wszyscy, cały Wszechświat wszystkimi swoimi częściami. To tak, jak dwa samochody, które rozstały się wyruszając równocześnie z tego samego miejsca by podążać, każdy w swoją stronę nie traciwszy przy tym ani na chwilę kontaktu wzrokowego. Także my, cały ten długi czas, od zarania kosmicznych dziejów, jesteśmy w kontakcie wzrokowym ze wszystkimi, najodleglejszymi nawet galaktykami. Oczekiwanie na łączność za pomocą fotonów jest bezzasadne, wprost nie trzyma się kupy. Owszem miałoby to jakiś sens, gdyby Wszechświat był nieskończony i statyczny. Można by przypuszczać, że jak na razie zakodowani jesteśmy podświadomie takim właśnie modelowaniem Wszechświata. Może miałoby sens, gdyby tworzyły się nowe byty (z niczego). Chyba raczej nie tworzą się, respektując podstawowe prawa przyrody (z tych, które zdążyliśmy już odkryć).  
Wniosek: Problem horyzontu w gruncie rzeczy nie istnieje.


   Być może należy zrewidować „model kontaktu wzrokowego”, w którym fakt widzenia zawdzięczamy ponoć wyłącznie wymianie fotonów, a uzgodnienie procesów i własności zachodzić może ponoć tylko z ich prędkością. Właściwie to jeszcze jeden paradygmat, którego zaszczytna rola chyba dobiega końca (to brzmi jak bluźnierstwo). Ten „model kontaktu wzrokowego” rzeczywiście nie jest adekwatny z przykładowymi samochodami. Być może bardziej odpowiednim byłby model „pola uzgodnionej łączności”, pola, w którym zatopiona jest wszelka materia. Kontakt w tym polu jest „natychmiastowy”, pod warunkiem wspólnej historii „od zarania”. Naturą tego pola jest grawitacja, a warunkiem (jak najbardziej do przyjęcia) jest to, że nie ma mowy o tworzeniu się z niczego nowych bytów materialnych.  Kojarzy się to z problemem splątania i lokalności. Wspominałem już o tym. Warto przy tej okazji zajrzeć do mego drugiego blogu. 

   Co innego czas, który upłynął od zajścia określonego zdarzenia, na przykład wybuchu supernowej (albo „kichy” w jednym z oddalających się wzajemnie samochodów). W tym przypadku wyznaczamy czas w sposób tradycyjny, dzieląc znaną odległość przez prędkość światła. Nie stanowi problemu wyznaczanie czasu gdy mowa o obiektach stosunkowo bliskich, o małej prędkości kosmologicznej. Dość problematyczne jest jednak wyznaczenie czasu gdy mowa jest o zdarzeniach, które miały miejsce w obiektach bardziej oddalonych, choćby dlatego, że odległość dzisiejsza jest inna, nawet znacznie większa niż, w momencie ich zajścia. Przykład stanowić może wybuch supernowej w jakiejś odległej galaktyce. [Wybuch ten nie ma oczywiście nic wspólnego z kosmologią. To wydarzenie o charakterze lokalnym. Traktowanie go jako faktor o charakterze kosmologicznym nie sensu. A jednak...] Temat ten rozwinę dalej. 

A może właśnie tu tkwi przyczyna stwierdzonej obserwacyjnie, mniejszej niż oczekiwana jasności supernowych z odległych galaktyk? Jak wiemy, wyciągnięto stąd wniosek, że galaktyki, do których należą wspomniane supernowe, znajdują się dalej, niż by to wynikało z prawa Hubble’a, w odniesieniu do ich prędkości wyznaczonych z przesunięcia widm ku czerwieni. Jak wiemy, było to przesłanką dla konkluzji, że prędkość ekspansji rośnie. Konsekwencją tego było wymyślenie ciemnej energii jakby pasującej do stałej kosmologicznej, którą, wbrew postanowieniu Einsteina przywrócono do łask i trzymano w zanadrzu. I oto nadarzyła się okazja... Chyba znów mamy do czynienia z klasycznym mnożeniem bytów ponad potrzebę. Czy zbytek arogancji z mojej strony? Zobaczymy dalej. 

   Propozycję zgoła innego rozwiązania kwestii sugeruje pytanie zadane tuż powyżej (to zapisane tłustym drukiem). Rozwijając je zauważmy, że światło od wspomnianych supernowych musiało, by do nas dotrzeć, przebyć dłuższą drogę, niż ich odległość od nas w momencie wybuchu. Same macierzyste galaktyki nie uczestniczyły w tym procederze, pełniąc uczciwie rolę wymienionych wyżej samochodów. To tylko przypuszczenie. By uzasadnić zasadność podjęcia tej kwestii, należy przeprowadzić stosowne obliczenia. Zrobimy to jednak później, zaopatrzeni w odpowiednie środki natury ilościowej, a także umotywowani wynikami rozważań, jakie przeprowadzimy niebawem.

*) W roku 2004 odkryty został obiekt, którego red-shift z = 10. Obiekt ten kierunkowo znajduje się wśród galaktyk gromady Abell 1835, ktorą obserwowano z użyciem kamery podczerwieni ISAAC  (Infrared Spectrometer And Array Camera), współpracującej z teleskopem VLT.












  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz